- W takim razie ruszamy! Kierunek - Europa. - Sarah złapała mnie za rękę i wspólnie przeszłyśmy przez drzwi.
W jednej chwili poczułam się jak moje oczy zasnuła kurtyna, a mięśnie zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Instynktownie mocniej ścisnęłam jedyną rzecz, która była moim oparciem. Ciemność zniknęła tak szybko, jak się pojawiła i stanęłam na nogach lekko się chwiejąc. Rozejrzałam się dookoła. Byłyśmy w jakiejś obskurnej uliczce, a obok stały kontenery na śmieci.
- Gdzie my do cholery jesteśmy?
- Nie pytaj, zaraz zobaczysz - uciszyła mnie Sarah.
Kiwnęła na mnie i wraz z Mandy ruszyłyśmy za brunetką. Nagle oślepiło mnie słońce, moim oczom ukazał się ogromny szyld z napisem IKEA.
- Witaj w Polsce, moja droga!
Spojrzałam na nią z pytaniem w oczach. Nie przypominałam sobie takiego kraju jak Polska.
- To obok Niemiec - dodała Mandy.
Wtedy rozjaśniło mi się w głowie.
Ruszyłam pierwsza w stronę ogromnego sklepu, nagle czując atmosferę radosnych zakupów. Zaczynam nowe życie, bez smutnych doświadczeń. Nie chcę pamiętać mojego starego życia, nawet jeśli miało tyle wspaniałych momentów. Nie chcę pamiętać rodziny, ani ich śmierci. Nie chcę. Przemknęły mi przez głowę urywki wspomnień; szybko otrząsnęłam się z tych myśli. Dzisiaj nie mam zamiaru sobie psuć humoru.
Dziewczyny również ruszyły, równając ze mną krok. Gdy stanęłyśmy przed drzwiami, wzięłam głęboki oddech i weszłam. Poczułam znajome uderzenie chłodu klimatyzacji i skierowałam się w stronę wejścia na halę. Nie zdążyłam zrobić dwóch kroków, jak któraś z dziewczyn pociągnęła mnie za kołnierzyk.
- Gdzie ty idziesz? - zapytała Sarah. - Idziemy do profesjonalisty.
- Do jakiego profesjonalisty?
Zanim Sarah mi odpowiedziała, Mandy podeszła do punktu informacji i zaczęła rozmawiać z siedzącym tam mężczyzną.
- Do Anne, dyrektora tego oddziału.
- Dyrektora? Skąd go znasz?
- Ona - zaznaczyła. - jest Łowczynią - wzruszyła ramionami.
- Przecież nigdy jej nie spotkałam.
- Pępkiem świata jesteś? Nie przesadzaj. Anne prowadzi Akademię w Europie. Prócz naszej, w Ameryce, są dwie - Europejska i Azjatycka, do której należy również Rosja. Kiedyś były połączone, ale pokłóciły się i rozdzieliły. Teraz nazywamy to Mrocznymi Dniami, a śmiertelni II wojną światową.
- Ale to historia na inny czas, czyż nie? Anne na nas czeka - wtrąciła się nagle Mandy.
- Prawda, chodźmy już.
Poszłyśmy do punktu informacji i przeszłyśmy przez przejście stojące za nim. Ukazał nam się krótki korytarz, a na jego końcu widziałam otwarte drzwi, które wprost zapraszały nas do środka. Łowczynie bez wahania ruszyły w ich stronę, więc zrobiłam to samo. Nieśmiało weszłam do białego pomieszczenia. Stała tam bardzo wysoka i szczupła kobieta w krótkich, rudych włosach i niebieskich oczach oraz z uśmiechem na twarzy. Nie była umalowana, co stanowiło dla mnie miłą niespodziankę, ponieważ wiele wysokich rangą kobiet na siłę próbuje zamaskować swój wiek i się upiększać. Anne wyglądała naturalnie, przyjaźnie i elegancko w marynarce i ołówkowej spódnicy do kolan.
- Witaj, ty musisz być Sophie, prawda? Jestem Anne Bulimoc.
- Dzień dobry, Sophie Rosen - przywitałam się onieśmielona otwartością kobiety.
- Proszę usiądź - wskazała wolny fotel między dziewczynami i sama zajęła miejsce po drugiej stronie. - Mandy i Sarah powiedziały, że jesteś nowa i urządzasz się w Akademii.
- Tak.
- Więc chciałabym ci pomóc, jeśli mi pozwolisz - uśmiechnęła się. - Łowcy z całego świata kupują meble i urządzają pokoje i same Akademie z moją pomocą.
Byłam zaskoczona bezpośrednią propozycją Anne, ale zdałam sobie sprawę, że sama miałabym z tym problem, a profesjonalna pomoc będzie nieoceniona. W duchu podziękowałam dziewczynom siedzącym obok mnie za przyprowadzenie mnie do dyrektorki IKEI.
- Tak, dziękuję pani bardzo - również posłałam jej uśmiech nie mogąc się oprzeć.
- Mów mi po imieniu, Sophie, bardzo proszę.
- Dobrze pr... Anne - poprawiłam się.
Kobieta sięgnęła do szuflady i wyjęła jakąś kartkę i laptopa. Włączyła urządzenie i położyła przede mną papier, który moment temu wyciągnęła. Okazało się, że był to plan mojego pokoju.
- Wczoraj Mandy wysłała mi to, abym się zapoznała. Jak widać, pomieszczenie ma 120m2, a łazienkę i garderobę z lewej strony. - Anne błyskawicznie przystąpiła do pracy. - I dwa okna, zgadza się?
- Chyba tak - niepewnie pokiwałam głową. - Nie mam pojęcia jaką ten pokój ma powierzchnię.
- Najważniejsze, że ja wiem. Zacznijmy od kolorów. Myślałaś już o jakiś?
- W sumie, chciałabym, aby było jasno, biel i beż.
- Tylko? Warto by może ożywić jakimś innym kolorem, np. granatowym? - Dyrektorka mówiła robiąc coś w laptopie.
- Fiolet?
- Dobry pomysł - pokiwała z zadowoleniem głową. - Dziewczęta, możecie zacząć robić zakupy? Zadzwońcie tylko do ekipy pomocniczej, a my na bieżąco będziemy wam wysyłać zdjęcia mebli.
- Jak zawsze dostajemy najnudniejsze zadanie - powiedziała z udawanym smutkiem Mandy.
- I najlepszych kompanów - dodała Sarah, po czym obie Łowczynie wstały i radośnie konwersując wyszły z gabinetu. Anne usiadła obok mnie na fotelu i przesunęła do nas urządzenie.
Zobaczyłam na nim trójwymiarowy obraz mojego pokoju.
- Teraz kochana powiedz mi co byś chciała mieć w swoim pokoju. - zachęciła mnie, a ja nie zwlekając wyjawiłam jej wszystkie moje pomysły i marzenia.
***
- Sarah i Mandy już są w Akademii i nadzorują prace - odczytała mi sms-a Anne. - To też już twój czas. Dzisiaj zaczynasz trening o ile się nie mylę?
- Mhm - burknęłam. - Tyle, że ja nie umiem sama się tam dostać.
Było to po części prawdą. Pierwszy raz, we śnie, udało mi się tam trafić, ale nie opanowałam sztuki teleportacji jak inni mieszkańcy Akademii.
- W takim razie odprowadzę cię. Już od dawna planowałam odwiedzić Nicholasa - wzruszyła ramionami.
Ostatni raz spojrzałam na trzy projekty widniejące na monitorze i poczułam przypływ dumy. Większość z tego była moimi pomysłami i "inwencją twórczą". Kobieta to zauważyła i poklepała mnie po plecach.
- Jest to jeden z najlepszych projektów jakie kiedykolwiek widziałam. Zobaczysz, będzie cudowny.
- Tak, wiem. - Skromność nigdy nie leżała w mojej naturze. Ten projekt był jedną z najlepszych wykonanych przeze mnie rzeczy i nie mam zamiaru tego ukrywać; mam czym się chwalić.
Poczułam rękę Łowczyni ściskającą moją i odeszłam w ciemność. Tym razem byłam przygotowana na uczucie temu towarzyszące i stabilniej trzymałam się na nogach, powstrzymałam nudności. Pomimo tego i tak upadłam na ścianę, gdy pojawiłyśmy się przed gabinetem Nicka.
- Dziękuję Ci, Anne - uścisnęłam jej rękę. - Bardzo.
- Nie ma za co dziecko, naprawdę. Idź już, ja muszę odwiedzić tego tutaj - wskazała na drzwi.
Jeszcze raz się uśmiechnęłam do kobiety i pomknęłam korytarzem do mojego pokoju.
Dziwne jak szybko się tutaj zaklimatyzowałam. Jakby to Akademia była moim domem. Przynajmniej w drodze do gabinetu Nicka i korytarza sypialnianego.
Zatrzymałam się przed drzwiami do pomieszczenia, w którym było słychać gwizdy, szumy, stukanie i inne dźwięki typowe dla remontowania. Nacisnęłam klamkę i chciałam zrobić pierwszy krok, gdy nagle wpadłam na Sarah, która wypchnęła mnie z progu zamykając szczelnie drzwi.
- Nie kochana, nie wejdziesz tutaj przed skończeniem prac.
- Ale dlaczego? - nie kryłam wzburzenia.
- Bo masz mieć niespodziankę. Nie martw się, mamy wszystkie projekty, zdjęcia i rysunki mebli, plus cały czas słuchałyśmy waszej rozmowy, a przynajmniej tych istotnych fragmentów. Wszystko jest pod kontrolą.
Chciałam jej zaufać, ale nie mogłam się przełamać. Te lata w ogólniaku nauczyły mnie jednej zasady "Umiesz liczyć, licz na siebie". Bałam się, że jeśli nie będę miała nad czymś kontroli, będzie źle. Nie tak dawno, wielu moich znajomych miało z tym problem, ale nigdy nie chciałam zmieniać mojej natury perfekcjonistki, a to nie pomagało w stosunkach międzyludzkich.
Sarah jakby widząc to w moich oczach powiedziała tylko "Zaufaj mi" i pchając zaprowadziła do swojego pokoju.
Pierwszym skojarzeniem, gdy weszłam do sypialni brunetki był las. Soczysta zieleń ścian i ciemne, drewniane meble dawały duże pole do popisu wyobraźni. Pomieszczenie jednak, wydawało się dużo mniejsze od mojego. Wzdłuż trzecich części pokoju poprowadzone były kolumny, a na suficie zielone sznurki zebrane niedbale w gromady dookoła nich. Przyjrzałam się meblom; ciemne i niskie komody rozstawione były po prawie całej długości pokoju. Z lewej strony stało łóżko piętrowe z zasłoniętą dolną częścią, a naprzeciw stało biurko otoczone biblioteczką. Mieszkanka pokoju skinęła na mnie i poszłyśmy wgłąb. Stanęłyśmy pod ścianą i dopiero teraz zauważyłam zarys drzwi na ścianie. Dziewczyna odsunęła je i wpuściła mnie do środka.
- Witam w moim królestwie!
Przede mną stała ogromna kanapa, a z obu jej stron piętrzyły się stosy butów. Na bocznych ścianach wisiały ubrania, wszystkie ciemne i ułożone kolorystycznie. Spojrzałam w górę i zagwizdałam. Cały sufit pokrywały lustra, w których odbijały się szmaragdowe kafelki.
- Jestem pełna podziwu, Sarah.
- Dzięki. Akurat te lustra to był mój pomysł.
Usiadłyśmy na kanapie i podczas gdy ja rozglądałam się po garderobie, Łowczyni podała mi szklankę soku.
- Skąd u licha...? - Nie było tutaj żadnego stolika, więc byłam zdziwiona obecnością napoju.
- Mam swoje sposoby - mrugnęła. - Nie zastanawia cię brak okien?
Rozejrzałam się. Faktycznie, w żadnym z tych pomieszczeń ich nie było. Poczułam nutkę zawodu, że tego nie zauważyłam.
- Yhy. Jak to możliwe? - nagle pomyślałam o czymś jeszcze. - Przecież nie jesteśmy na skraju budynku, a na środku.
- Okna są przeniesione w miejscu, jeśli wiesz o co mi chodzi. Są jakby tam, ale tutaj. Obraz i cały widok. Pierwsi Łowcy umieli takie rzeczy, bo mieli więcej krwi Aniołów, ale do teraz to zanikło i tak zostało. Ten pokój ich nie ma i dlatego go wybrałam... - Nie dałam jej skończyć.
- Jak to Aniołów? Jesteście pół-wampirami, a one pochodzą od diabłów.
Sarah serdecznie się roześmiała.
- Och kochana, zapominam, że ty nic o nas nie wiesz. Jesteśmy pół - wampirami, ponieważ pochodzimy od Demonów i Aniołów. Pierwsi Łowcy byli normalnymi wampirami, takimi pijącymi krew, ale z ogromną mocą. Przez lata ta moc i nawyki z nią związane zanikły, a my zostaliśmy półkrwi - westchnęła.
- A potomkowie Demonów? Takie też istnieją?
- Oczywiście, bo dlaczego nie? Od Demonów pochodzą Bestie.
- A nie te antyptydy?
- Antypody? Nie, one są jedynie ich - szukała odpowiedniego słowa. - wynalazkami.
- A Anioły rodzą małe Anielątka, jak się nie mylę? - nie mogłam zaspokoić mojej ciekawości.
- Chciałabym, aby to było takie proste. Tylko Najwyższy umie stworzyć Anioła, co się nieczęsto zdarza, mianowicie jeden raz na dekadę. Potomkami Anioła są Duchy, albo Cienie, każdy inaczej je nazywa.
- Duchy? Co one robią?
- Pomagają Śmiertelnym. Są tak często przeklinanym losem, który im pomaga, jeśli ma na to ochotę. O ile nie są w swoim królestwie, błąkają się po Ziemi, wpływając na los zwykłych ludzi. Zabawny jest fakt, że mogą jedynie sprawić, że stanie się coś dobrego - uśmiechnęła się.
- Nie mogą sprawić, że ktoś złamie nogę, albo po prostu przegra w karty?
- Nie, ponieważ są dziećmi Aniołów, a te pochodzą od Boga. Czynią tylko dobro.
- Łał.Trochę głupio. - Nie zliczę ile razy miałam ochotę komuś coś zniszczyć, kogoś zniszczyć, ale musiałam schować emocje pod uśmiechem. A te Cienie mogłyby robić wszystko...
Podczas gdy ja próbowałam oswoić się z nowymi informacjami, Sarah robiła coś na telefonie i po chwili zerwała się.
- Chodź, czas na dalsze zakupy.
- To nie koniec? - zakwiliłam, ale posłusznie odłożyłam kubek na podłogę i wyszłam z pokoju. Tam czekała już Mandy.
- Czas na kompletowanie garderoby! - zapiszczała.
- Uspokój się, dziewczyno - mruknęłam, ale i mnie dopadło podniecenie i radość Mandy.
Złapałyśmy się za ręce i ruszyłyśmy w ciemność.
I tym razem byłam przygotowana na to co mnie spotka. Miałam jako-taką władzę w kończynach i nie czułam już aż tak bardzo mdłości. Naprawdę idzie mi coraz lepiej. Wylądowałam na zgiętych nogach lekko się chwiejąc, a gdy poczułam na powiekach światło, otworzyłam delikatnie zaciśnięte oczy. Ukazał mi się ogromny sklep po brzegi wypełniony klientami. Brunetka i blondynka stojące po obu moich stronach złapały mnie pod ramiona i tak splecione wyruszyłyśmy na pierwszy przystanek w " zakupowej podróży".
***
- Sarah, gdzie są wszystkie zakupy? - zapytałam wchodząc do drogerii. - I gdzie jest Mandy?
- Zabrała wszystko do Akademii.
- Nie czekamy na nią?
- Po co? Myślisz, że woli kupować z nami kosmetyki czy nadzorować remont pokoju? - wymownie na mnie spojrzała.
- Jestem pewna, że kupować! - zachichotałam. Było oczywiste, że blondynka woli flirtować.
Dziewczyna wzięła duży wózek i ruszyła wzdłuż półek. Powoli w koszu zaczynało się gromadzić coraz więcej przyborów toaletowych, a gdy dotarłyśmy do kosmetyków i akcesoriów, był wypełniony w 2/3. Brunetka złapała mnie za rękę i zaczęła testować różne cienie do powiek, podkłady i szminki, podczas gdy ja wybierałam lakiery do paznokci. Nagle usłyszałam, jak chłopiec przechodzący obok pyta swojej mamy:
- Mamusiu, a dlaczego te panie kupują tak dużo kosmetyków?
- Nie wiem, zapytaj ich.
Chłopiec puścił rękę mamy i podszedł do mnie.
- Proszę pani, dlaczego kupuje pani tyle kosmetyków? Nie wystarczyłoby mniej? - zapytał wskazując na wózek.
- Widzisz mały - ukucnęłam, aby się z nim zrównać. - Wyjeżdżam na bardzo długo do miejsca, gdzie nie ma sklepów i nie będę mogła kupić tego czego będę potrzebować. Dlatego teraz kupuję dużo, na zapas, aby mieć pewność, że mi starczy - uśmiechnęłam się do malca.
- To tak jak z kanapkami do szkoły? - Bystry dzieciak.
- Tak - pokiwałam głową. - A teraz biegnij do mamy, aby się nie martwiła.
Chłopczyk uśmiechnął się i poszedł. Podniosłam się i poczułam jak Sarah puszcza moją rękę. Zajrzałam do wózka i zobaczyłam masę kosmetyków. Złapałam jeszcze parę lakierów i je dorzuciłam do gromadki.
- Coś jeszcze stąd czy idziemy dalej?
- Dalej. Czego chciał ten chłopiec?
- Pytał dlaczego tak dużo kupujemy.
- Co odpowiedziałaś? - zapytała beztrosko wrzucając kolejne przedmioty do kosza, ale słyszałam w jej głosie napięcie.
- Tyle, że wyjeżdżam daleko, gdzie nie będzie sklepów. Nie zdradziłam niczego.
Widziałam jak jej ciało delikatnie się rozluźnia.
Wzięłam jeszcze pilniki do paznokci i akcesoria do włosów i pchnęłam wózek do kasy. Ekspedientka widząc liczbę naszych zakupów wzięła drugi wózek i kasując przekładała rzeczy do drugiego kosza. Po naliczeniu łącznej ceny, Sarah poprosiła o fakturę, a po otrzymaniu jej po raz kolejny tego dnia miałam okazję zobaczyć działanie hipnozy. Łowczyni na moment zamknęła oczy i, choć nikt poza mną nie zdawał sobie z tego sprawy, zaczęła zmieniać wspomnienia i myśli kobiety naprzeciw. Po sekundzie było po wszystkim i zadowolone wyszłyśmy ze sklepu taszcząc przed sobą po brzegi wypełniony wózek. Przeszłyśmy przez ulicę starając się nie zwracać na siebie uwagi i skręciłyśmy w wąską alejkę, w której mogłyśmy się bezpiecznie teleportować. I teraz byłam przygotowana na wszystkie doznania, które mnie czekają, więc zacisnęłam usta. Z każdym razem jest coraz lepiej - kurczowo trzymałam się tej myśli, powtarzałam ją jak mantrę. Otworzyłam z nadzieją oczy stojąc przed moim pokojem, ale i tym razem nie zostałam do niego wpuszczona.
- Nie wejdziesz tu przed końcem.
- Ale dlaczego? - Ogarniała mnie złość. To był mój pokój i miałam prawo tam wejść!
- Masz mieć niespodziankę. Nie denerwuj się tak, jeszcze mi podziękujesz. Teraz idź do sali komputerowej, gabinetu chłopaków. To obok Nicka, po lewej stronie. - pchnęła mnie delikatnie.
Sfrustrowana, ruszyłam; zatrzymałam się na końcu korytarza zerkając za siebie. Sarah nadal tam stała. Klnąc pod nosem, doszłam do wskazanego mi pomieszczenia. Nie wiedząc kto tam się znajduje, zapukałam i zerknęłam przez drzwi.
Chciałabym zaznaczyć wszystkim miłośnikom akcji, iż przez najbliższe rozdziały nie będzie zbyt wielu emocji. Czas opisać trochę początki Sophie ;)
Chciałabym jeszcze dodać, że najbliższy rozdział pojawi się za kilka tygodni, ponieważ wyjeżdżam w miejsce bez internetu. Mam nadzieję, że nie uciekniecie stąd!
Pozdrawiam wszystkich czytelników!
Czy wyobrażasz sobie, że jeden sen, jedna noc, potrafią zrujnować życie od podstaw? W jednym momencie tracisz zaufanie do wszystkich, nie wiesz komu możesz wierzyć, a komu nie. Sens twojego istnienia, twoje przeznaczenie, nagle nabierają innego znaczenia, a ty stajesz się całkiem nową osobą. Niesamowite, prawda?
sobota, 19 lipca 2014
czwartek, 10 lipca 2014
R11
- To Caitlyn. Moja narzeczona.
W jednej chwili przez moją głowę przeleciało tysiąc myśli. Jaka narzeczona? Kim ona jest? Od kiedy się znają? Czy ona zna prawdę? Kiedy ślub?
- Narzeczona? - To głupie pytanie było jedynym słowem, które udało mi sie wydukać.
- Mhm.
Chłopak odstawił zdjęcie i podszedł do ściany z prawej strony łóżka.
- Chodź, musisz się przebrać. Dam ci coś swojego.
Wyrwałam się z otępienia i ruszyłam za nim. Jason nacisnął przycisk na ścianie, a ściana zaczęła się rozsuwać ukazując ogromne pomieszczenie z pufami do siedzenia na środku. Na wprost nas cała ściana była pokryta najróżniejszymi rodzajami butów, począwszy od mokasynów, przez trampki, po lakierki i buty do walki. Podeszłam do wieszaków z jednej strony. Stroje bitewne, jak się domyśliłam. Z drugiej strony znajdowały się garnitury. Nim zdążyłam obejrzeć inne ubrania, Jason rzucił we mnie materiałem.
- Przebierz się, powinno być dla ciebie dobre. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko dresom? - Tutaj złośliwie spojrzał na moją sukienkę będącą w opłakanym stanie.
Wzięłam ubranie i czekałam, aż wyjdzie, ale on nic nie robił.
- Ekhem, czy mogłabym się przebrać?
- A kto ci broni? - Rozsiadł się na pufach.
Szybkim krokiem wyszłam z garderoby i nacisnęłam przycisk zamykania. Nareszcie spokój. Przebierając się pozwoliłam sobie krążyć myślami. Co z tą narzeczoną Jasona? Chciałam się go o nią zapytać, ale nie chciałam wyjść na wścibską, ani tym bardziej zazdrosną. Gdy zmieniłam ubranie, z powrotem weszłam do garderoby, aby spojrzeć w lustro. Łowca nadal siedział, a właściwie już leżał, tam gdzie go zostawiłam. Podeszłam do ogromnego lustra znajdującego się obok garniturów. Luźne, szare dresy i niebieska koszulka były obszerne, ale wygodne.
- Co mam zrobić z tym? - wskazałam na podartą sukienkę.
Chłopak ociężale wstał i otworzył niewidoczną klapę obok ściany z butami. Zmięłam ubranie i wrzuciłam w ciemną otchłań.
- A teraz chodź ze mną. - Zatrzasnął zsyp i pociągnął mnie za nadgarstek. Zamknął garderobę i wyszliśmy na korytarz.
- Gdzie mnie prowadzisz? - Wyrwałam się z jego uścisku i stanęłam w miejscu. - Do...Nicka?
W jednej chwili mnie oświeciło. Bo dokąd miałby mnie prowadzić? Tramp był 'dyrektorem' Akademii i musiał wiedzieć, że ma dodatkowego gościa.
- Gratuluję.
Jason skręcił jeszcze raz w lewo i nagle moim oczom ukazał się znajomy korytarz. Zrównałam z nim i po chwili staliśmy przed drzwiami do gabinetu. Chłopak dwa razy zastukał i otworzył drzwi. Ostrożnie weszłam do pomieszczenia, ale widząc pełne serdeczności spojrzenie Nicka, opuściłam natychmiast głowę i zgrabiłam się. On i reszta okazali mi tyle dobroci, chcieli pomóc, wyszkolić, a ja? Uciekłam, zostawiłam ich, bo za bardzo się bałam.
- Witam ponownie, panno Rosen.
- Dobry - burknęłam nie podnosząc głowy.
- Nicholas, mamy problem - wtrącił się Jason. - Prawdopodobnie Bestie zamordowały jej rodzinę. On chyba o niej wie. - Obydwaj mężczyźni spojrzeli na mnie.
- Ale jak?
- Tego też nie wiem. - Młody Łowca usiadł na kanapie i skinął na mnie, abym również to zrobiła. - Zwołujemy resztę? - zapytał po chwili przerwy.
- Tak... - Nick już zaczął się zgłębiać w swoich przemyśleniach i domysłach. - Tak, tak. Ale najpierw muszę wiedzieć najważniejsze - zwrócił się do mnie. - Sophie, czy teraz do nas dołączysz?
Spodziewałam się, że o to zapyta, więc teraz mogłam z całą mocą i przekonaniem odpowiedzieć:
- Tak.
- Dziękuję. - Słyszałam jak odetchnął i prawie biegiem wypadł z pokoju.
Wygodnie rozsiadłam się w fotelu i ponownie zaczęłam rozmyślać o "narzeczonej" Jasona. Na tamtym zdjęciu chłopak wyglądał młodziej i nie miał jeszcze blizny. Nie mogłam się powstrzymać, aby nie zapytać go o wiek.
- Jason - jego twarz zwróciła się w moją stronę - ile ty w ogóle masz lat?
- Śmiertelnych?
- Jak to śmiertelnych?
- Może sobie nie przypominasz, bo byłaś zajęta podziwianiem mojej urody, ale mówiłem ci, że Łowcy są nieśmiertelni. - Rzuciłam w niego poduszką. Pomimo wszystko nadal zostaliśmy przyjaciółmi w pewnym stopniu. Dopiero teraz widzę, że kilkunastodniowa znajomość, nawet tak zżyta jak nasza, nie jest dobrą podstawą do nazywania tego przyjaźnią. Po jego oczach widziałam, że myśli tak samo.
- Mhm. Więc ile lat?
- 20 śmiertelnych, 45 całościowo.
- Jak...? - Informacja mną wstrząsnęła. 45 lat?
- To trochę skomplikowane, ale spróbuje ci to wytłumaczyć najlepiej jak potrafię. Każdy Łowca po uzyskaniu odpowiedniego wieku i przejściu inicjacji staje się nieśmiertelny. Dla kobiet jest to 19 lat, dla mężczyzn 20. Do tego czasu musi przejść wspomnianą inicjację, która też ma swoje prawa, ale to nie rozmowa na ten czas. Rozumiesz?
Pokiwałam energicznie głową. To nie było takie trudne, ale jedno mnie zastanawiało.
- A Nick? On nie wygląda na 20 lat.
- Nick nie do końca mieści się w tej zasadzie, ponieważ on, nie jest potomkiem Łowców.
- Więc jak?
- Gdy miał 34 lata uległ poważnemu wypadkowi i potrzebował pilnej transfuzji krwi. A jedyną osobą zgodną grupą krwi w jego miasteczku był Łowca. W ten sposób Nick mógł dołączyć do nas. I w wieku 35 lat przeszedł inicjację.
- Hej o czym tak sobie plotkujecie? - usłyszałam radosny głos Sarah. Na ten dźwięk od razu podniosłam się z kanapy i podeszłam do niej. Nieśmiało się uśmiechnęłam, a dziewczyna już trzymała mnie w ramionach. Uścisnęłam ją delikatnie i usłyszałam cichy szept przy uchu:
- Witaj z powrotem.
Między nami przeciskali się inni, którzy przyszli tutaj razem z dziewczyną i już rozsiedli się w gabinecie Trampa. Gdy się od siebie odsunęłyśmy do pokoju wszedł Nick i zamknął drzwi.
- Jak się zapewne domyśliliście, Sophie postanowiła jednak zostać - uśmiechnął się do mnie. - Jednak nie po to was tu zebrałem. Na jej rodzinę zostały nasłane Bestie i podejrzewamy, że On się dowiedział o naszym gościu. O Naznaczonej. - Rozległy się wzburzone głosy zebranych.
- Jak to się dowiedział?
- Zamordował jej rodzinę?
- Skąd o niej wie?
Nagle Nicholas krzyknął "Cisza" tubalnym głosem, który dzwonił mi w uszach jeszcze chwilę po tym.
Wszyscy Łowcy umilkli.
- Moi drodzy, nie mam pojęcia jak to się stało. Nic nie wiem, prócz tego, że teraz, naszym obowiązkiem jest ją chronić - wskazał na mnie. - i wyszkolić. Nie możemy jej oddać w jego ręce, bo...
- Mnie zabije, prawda? - domyśliłam się. W końcu co może czekać "osobę z przepowiedni", gdy porwie ją zły gość?
- Tak.
- Więc jaki jest plan? - Mark przeszedł od razu do konkretów.
- Przede wszystkim szkolenie. Misje zwiadowcze. Więcej szkolenia. Nie możemy sobie pozwolić na utracenie czujności, ani na błędy.
- Dobra - odpowiedzieli Łowcy.
- Dziewczyny, przydałyby się zakupy naszej nowej przyjaciółce, czyż nie? - z rozbawieniem spojrzał na moje ubranie. Wciąż miałam na sobie ubrania Jasona. - Przecież nie może wciąż okradać Jasona. Zajmijcie się tym oraz nowym pokojem.Chłopcy, sprzęt i broń.
- Da się załatwić.
- Idźcie. Musimy się szybko zebrać do roboty.
Gdy wszyscy ruszyliśmy w kierunku drzwi z zamiarem wyjścia, Nick jeszcze dodał:
- A Jason... zostań ze mną na chwilę, dobrze?
- Mhm. - Widać, że nie był z tego zadowolony, ale został. Obejrzałam się za jego plecami, ciekawa co ma mu takiego tajnego do powiedzenia Nicholas.
Po wyjściu za drzwi, dziewczyny od razu ruszyły w lewo - jak się domyśliłam do korytarza sypialnianego, z którego przyszłam tutaj z Jasonem.
- Pora pokazać pokój! - pisnęła Mandy.
Spojrzałam na dziewczynę. Nie widziałam jej jeszcze w "radosnej wersji", ale gdy zobaczyłam, jak jej entuzjazm znika powoli z twarzy,uśmiechnęłam się. Widziałam, że się stara, a ja chciałam ją zaakceptować. Odpowiedziała tym samym i obie Łowczynie pociągnęły mnie korytarzami. Gdy dotarłyśmy do sypialnianego zaczęły opisywać, gdzie kto mieszka. Po lewej dziewczyny, po prawej chłopcy. Szłyśmy i po kolei słyszałam:
- Tu jest mój pokój - Mandy wskazała na ciemne drzwi.
- A tu po kolei Mark, Ryan, pusto i Jason. - Sarah kolejno pokazywała na drzwi pokoi.
Pociągnęły mnie jeszcze raz i zatrzymały przed jasnymi, ręcznie zdobionymi drzwiami.
- Tadamm! - zaintonowały razem.- Oto twój pokój. Na lewo mój, prawo Sarah. - Spojrzałam na Mandy i wprost widziałam entuzjazm i radość wylewającą się z niej uszami. Dziewczyna otworzyła drzwi do pokoju, a ja oniemiałam. Nie tego się spodziewałam. Na ten ogromnej przestrzeni...prócz materaca niczego nie było. Białe ściany, sucha, betonowa podłoga, niczym niepokryta. Nigdzie nie było mebli.
- Yhm, dziewczyny, czy TO jest mój pokój? Bo... - Nie dokończyłam.
- Nie martw się głuptasie! Jutro idziemy na zakupy i będziesz miała swój pokój - taki jaki chcesz. - Sarah mrugnęła - A teraz idź spać, jutro czeka cię wielki dzień!
Obie Łowczynie ucałowały mnie "na dobranoc" i rozeszły się do sypialni. Zostałam sama w tym przestronnym pokoju, w którym każdy krok wywoływał echo. Obok mojego "łóżka" zauważyłam mały tobołek - koszulkę i spodenki do snu. Czym prędzej się przebrałam i położyłam na materacu, który okazał się zaskakująco miękki, pachniał kwiatami, wprost zachęcał do spania. Pogrążyłam się w rozmyślaniach o rzekomej przepowiedni. Wszyscy ogromnie się nią ekscytowali, a ja wciąż nie znałam jej treści. Niby Nick mi opowiedział, o czym ona mówi, ale wydawało mi się, że chodziło o coś więcej. Coś czego nie wiem, ale za wszelką cenę muszę poznać prawdę. Z tą myślą oddałam się w ramiona Morfeusza.
***
Obudził irytujący odgłos stukania. Odruchem, naciągnęłam kołdrę na głowę i jeszcze bardziej zakopałam się w pościel mając nadzieję na odrobinę relaksacyjnego snu.
- Soph, wiem, że nie śpisz! Wstawaj! Dzisiaj twój wielki dzień! - zaświergotała brunetka.
Nagle usłyszałam męski głos, który nie wróżył nic dobrego.
- Nie cackaj się z nią, bo to nic nie daje, jeśli nie zauważyłaś. - Ryan stanowczo oświadczył i z impetem otworzył drzwi wpuszczając dziewczynę do pokoju. - Witaj, Królewno.
Gdy Sarah ściągnęła ze mnie pościel, nie miałam już wyboru. Ociągając się, otworzyłam oczy i podniosłam z materaca.
- Dzień Dobry, jak wam się spało? Mi ktoś zgotował cudowną pobudkę, nie wiecie przypadkiem kto to był? - nie mogłam ukryć zirytowania. Nie miałam nic przeciwko wczesnemu wstawaniu, ale są inne metody niż dudnienie w drzwi.
- Nie gderaj, tylko przebieraj się - wcisnęła mi w ręce ubrania i buty.
- Dzisiaj musisz urządzić pokój, łazienkę oraz uzupełnić garderobę - wyliczył chłopak. - A jutro zaczynamy trening.
- Już jutro? - zdziwiłam się.
Niby zdawałam sobie sprawę, że muszę zacząć szybko, lecz nawet nie śniłam o jutrze! A gdzie czas na przystosowanie się, zapoznanie z otoczeniem, te sprawy?
- Tak, masz bardzo dużo do nauki - wzruszyła ramionami Sarah. - Nie wiem czemu tak się oburzasz.
Chciałam jej uświadomić, że w normalnym świecie nie tak to działa, ale postanowiłam nie wykłócać się, bo nie było szansy przekonać jej do czegokolwiek.
- Do zobaczenia na śniadaniu! - Łowcy wyszli z pomieszczenia machając mi.
Pobiegłam za nimi.
- Gdzie mam iść? - krzyknęłam do oddalających się postaci.
- W lewo do końca i na prawo. Trzecie drzwi po lewej stronie! - odkrzyknęła Sarah i wraz z Ryanem zniknęła za zakrętem.
Cofnęłam się do pokoju, zamknęłam delikatnie drzwi. Została sama. Podeszłam do jednego z okien i natychmiast odsunęłam. Widziałam w las, wydawało mi się, że ten sam, który zauważyłam spotykając drzwi wejściowe Akademii. Zerknęłam jeszcze raz. Tak, to musi być ten sam. Z postanowieniem, że zapytam o to kogoś, przebrałam się i wyszłam z pokoju. Niepewnie kroczyłam korytarzem podążając za wskazówkami moich porannych gości. Na obu ścianach wisiały różne rodzaje broni, w różnym stanie. Od łuków, kuszy po malutkie sztylety, które mogłabym schować w skarpetce. Minęłam pokój Jasona, będący ostatnim i skręciłam w prawo. Usłyszałam przytłumione głosy i przyspieszyłam. Pierwsze...drugie...trzecie drzwi. Wzięłam głęboki oddech i przekroczyłam próg. Wszyscy siedzieli już na swoich miejscach i wesoło gawędzili. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, więc usiadłam na jedynym wolnym miejscu między Nickiem a Ryanem.
- Królewna dotarła jak widzę? - chłopak uśmiechnął się do mnie i zachichotał.
- Jak widać - ucięłam. Kąśliwe uwagi Łowcy nie polepszały mi humoru.
Dziewczyny siedzące naprzeciw przywitały się i szybko zapytały:
- Od czego zaczniemy? Pokój, ciuchy....
- Hej, dajcie jej chociaż zjeść, co? - powiedział Jason z drugiego końca stołu z jedzeniem w ustach.
Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością i zaczęłam nakładać śniadanie. Jedząc, przyglądałam się innym biesiadnikom. Ryan wciąż chichotał, a teraz dołączył do niego Mark. Przeniosłam wzrok na Mandy, która natychmiast opuściła swój i z wielkim zainteresowaniem zaczęła oglądać kanapki. Sarah coś opowiadała Nickowi popijając sok. Przełknęłam ostatni kęs i zapytałam głośno:
- O co wam wszystkim chodzi?
Jason wybuchnął wstrzymywanym śmiechem.
- Jeśli potrzebujesz, mogę ci użyczyć łazienki, wystarczy poprosić. - Na te słowa zgromadzeni ryknęli gromkim śmiechem.
Złapałam się za włosy i zakryłam dłonią usta. Jestem nieuczesana, mam nieumyte zęby, śmierdzę, bo się nie umyłam. Pospiesznie wstałam od stołu mrucząc niewyraźnie "Przepraszam" przez dłoń. Zerknęłam na dziewczyny.
- Niebieskie drzwi - powiedziała Mandy.
Wybiegłam za drzwi jadalni i pobiegłam do pokoju blondynki. Zatrzymałam się na chwilę przed nim z wahaniem i otworzyłam. Moim oczom ukazał się biały pokój, który wielkością nie ustępował mojemu. W centrum, dokładnie naprzeciwko wejścia, stało ogromne łóżko. Po jego obu stronach stały szafki. Po lewej stronie pokoju stało ogromne biurko, toaletka godna królowej Anglii, hamak i mata do... jogi? Ciekawe połączenie - Mandy i joga. Spojrzałam na prawą ścianę. Pokrywał ją obraz plaży i widniały tylko dwie pary drzwi. Białe i niebieskie prowadzące do łazienki. Delikatnie je otworzyłam i po raz kolejny w ciągu tych 30 sekund oniemiałam. Beżowe płytki i niebieska mozaika znów przywodziły na myśl plażę. Przeszłam niepewnie korytarzem do niezbyt wielkiej łazienki. Z prawej strony był prysznic wbudowany w ścianę, obok stała toaleta. Naprzeciw stała porcelanowa umywalka z lustrem ciągnącym się przez całą długość łazienki, a wielokolorowe muszelki tworzyły jego obramowanie. Nieśmiało otworzyłam szafkę stojącą poniżej w poszukiwaniu szczoteczki do zębów. Nagle ciszę przerwał delikatny głos Mandy.
- Górna półka.
Na dźwięk jej głosu podskoczyłam i uderzyłam głową w umywalkę. Zażenowana wzięłam szczoteczkę i pastę do zębów.
- Dzięki - powiedziałam spoglądając na nią w lustro.
Zbyła mnie machnięciem ręki.
- To my powinniśmy ci dziękować, że do nas dołączyłaś - pokręciła głową.
- Nawet nie wiem o co wam chodzi. Nie wiem co jest we mnie takiego wyjątkowego - powiedziałam z ustami pełnymi pasty.
- Zobaczymy - podeszła do mnie i sięgnęła do szafki. - Tu masz szczotkę - powiedziała podając mi ją. - A ja będę w pokoju, ok?
Nie chcąc opluć jej płynem, pokiwałam głową.
Dziewczyna wyszła z łazienki zostawiając mnie samą. Szybko opłukałam buzię, uczesałam włosy i umyłam twarz. Odświeżona, wyszłam z pomieszczenia. W pokoju siedziały już gotowe Łowczynie.
- Czas na zakupy! - ucieszyła się Sarah i wspólnie wyprowadziły mnie z pokoju.
Idąc korytarzami liczyłam skręty. Lewo, lewo, lewo. I znalazłyśmy się przed wyjściem.
- Jak my stąd wyjdziemy?
- O to się nie martw. Myślę, że powinnyśmy zająć się pokojem - Mandy przejęła inicjatywę. - Może być?
- Chyba tak. - Nie wiedziałam jakie to ma znaczenie.
- W takim razie ruszamy! Kierunek - Europa. - Sarah złapała mnie za rękę i wspólnie przeszłyśmy przez drzwi.
W jednej chwili przez moją głowę przeleciało tysiąc myśli. Jaka narzeczona? Kim ona jest? Od kiedy się znają? Czy ona zna prawdę? Kiedy ślub?
- Narzeczona? - To głupie pytanie było jedynym słowem, które udało mi sie wydukać.
- Mhm.
Chłopak odstawił zdjęcie i podszedł do ściany z prawej strony łóżka.
- Chodź, musisz się przebrać. Dam ci coś swojego.
Wyrwałam się z otępienia i ruszyłam za nim. Jason nacisnął przycisk na ścianie, a ściana zaczęła się rozsuwać ukazując ogromne pomieszczenie z pufami do siedzenia na środku. Na wprost nas cała ściana była pokryta najróżniejszymi rodzajami butów, począwszy od mokasynów, przez trampki, po lakierki i buty do walki. Podeszłam do wieszaków z jednej strony. Stroje bitewne, jak się domyśliłam. Z drugiej strony znajdowały się garnitury. Nim zdążyłam obejrzeć inne ubrania, Jason rzucił we mnie materiałem.
- Przebierz się, powinno być dla ciebie dobre. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko dresom? - Tutaj złośliwie spojrzał na moją sukienkę będącą w opłakanym stanie.
Wzięłam ubranie i czekałam, aż wyjdzie, ale on nic nie robił.
- Ekhem, czy mogłabym się przebrać?
- A kto ci broni? - Rozsiadł się na pufach.
Szybkim krokiem wyszłam z garderoby i nacisnęłam przycisk zamykania. Nareszcie spokój. Przebierając się pozwoliłam sobie krążyć myślami. Co z tą narzeczoną Jasona? Chciałam się go o nią zapytać, ale nie chciałam wyjść na wścibską, ani tym bardziej zazdrosną. Gdy zmieniłam ubranie, z powrotem weszłam do garderoby, aby spojrzeć w lustro. Łowca nadal siedział, a właściwie już leżał, tam gdzie go zostawiłam. Podeszłam do ogromnego lustra znajdującego się obok garniturów. Luźne, szare dresy i niebieska koszulka były obszerne, ale wygodne.
- Co mam zrobić z tym? - wskazałam na podartą sukienkę.
Chłopak ociężale wstał i otworzył niewidoczną klapę obok ściany z butami. Zmięłam ubranie i wrzuciłam w ciemną otchłań.
- A teraz chodź ze mną. - Zatrzasnął zsyp i pociągnął mnie za nadgarstek. Zamknął garderobę i wyszliśmy na korytarz.
- Gdzie mnie prowadzisz? - Wyrwałam się z jego uścisku i stanęłam w miejscu. - Do...Nicka?
W jednej chwili mnie oświeciło. Bo dokąd miałby mnie prowadzić? Tramp był 'dyrektorem' Akademii i musiał wiedzieć, że ma dodatkowego gościa.
- Gratuluję.
Jason skręcił jeszcze raz w lewo i nagle moim oczom ukazał się znajomy korytarz. Zrównałam z nim i po chwili staliśmy przed drzwiami do gabinetu. Chłopak dwa razy zastukał i otworzył drzwi. Ostrożnie weszłam do pomieszczenia, ale widząc pełne serdeczności spojrzenie Nicka, opuściłam natychmiast głowę i zgrabiłam się. On i reszta okazali mi tyle dobroci, chcieli pomóc, wyszkolić, a ja? Uciekłam, zostawiłam ich, bo za bardzo się bałam.
- Witam ponownie, panno Rosen.
- Dobry - burknęłam nie podnosząc głowy.
- Nicholas, mamy problem - wtrącił się Jason. - Prawdopodobnie Bestie zamordowały jej rodzinę. On chyba o niej wie. - Obydwaj mężczyźni spojrzeli na mnie.
- Ale jak?
- Tego też nie wiem. - Młody Łowca usiadł na kanapie i skinął na mnie, abym również to zrobiła. - Zwołujemy resztę? - zapytał po chwili przerwy.
- Tak... - Nick już zaczął się zgłębiać w swoich przemyśleniach i domysłach. - Tak, tak. Ale najpierw muszę wiedzieć najważniejsze - zwrócił się do mnie. - Sophie, czy teraz do nas dołączysz?
Spodziewałam się, że o to zapyta, więc teraz mogłam z całą mocą i przekonaniem odpowiedzieć:
- Tak.
- Dziękuję. - Słyszałam jak odetchnął i prawie biegiem wypadł z pokoju.
Wygodnie rozsiadłam się w fotelu i ponownie zaczęłam rozmyślać o "narzeczonej" Jasona. Na tamtym zdjęciu chłopak wyglądał młodziej i nie miał jeszcze blizny. Nie mogłam się powstrzymać, aby nie zapytać go o wiek.
- Jason - jego twarz zwróciła się w moją stronę - ile ty w ogóle masz lat?
- Śmiertelnych?
- Jak to śmiertelnych?
- Może sobie nie przypominasz, bo byłaś zajęta podziwianiem mojej urody, ale mówiłem ci, że Łowcy są nieśmiertelni. - Rzuciłam w niego poduszką. Pomimo wszystko nadal zostaliśmy przyjaciółmi w pewnym stopniu. Dopiero teraz widzę, że kilkunastodniowa znajomość, nawet tak zżyta jak nasza, nie jest dobrą podstawą do nazywania tego przyjaźnią. Po jego oczach widziałam, że myśli tak samo.
- Mhm. Więc ile lat?
- 20 śmiertelnych, 45 całościowo.
- Jak...? - Informacja mną wstrząsnęła. 45 lat?
- To trochę skomplikowane, ale spróbuje ci to wytłumaczyć najlepiej jak potrafię. Każdy Łowca po uzyskaniu odpowiedniego wieku i przejściu inicjacji staje się nieśmiertelny. Dla kobiet jest to 19 lat, dla mężczyzn 20. Do tego czasu musi przejść wspomnianą inicjację, która też ma swoje prawa, ale to nie rozmowa na ten czas. Rozumiesz?
Pokiwałam energicznie głową. To nie było takie trudne, ale jedno mnie zastanawiało.
- A Nick? On nie wygląda na 20 lat.
- Nick nie do końca mieści się w tej zasadzie, ponieważ on, nie jest potomkiem Łowców.
- Więc jak?
- Gdy miał 34 lata uległ poważnemu wypadkowi i potrzebował pilnej transfuzji krwi. A jedyną osobą zgodną grupą krwi w jego miasteczku był Łowca. W ten sposób Nick mógł dołączyć do nas. I w wieku 35 lat przeszedł inicjację.
- Hej o czym tak sobie plotkujecie? - usłyszałam radosny głos Sarah. Na ten dźwięk od razu podniosłam się z kanapy i podeszłam do niej. Nieśmiało się uśmiechnęłam, a dziewczyna już trzymała mnie w ramionach. Uścisnęłam ją delikatnie i usłyszałam cichy szept przy uchu:
- Witaj z powrotem.
Między nami przeciskali się inni, którzy przyszli tutaj razem z dziewczyną i już rozsiedli się w gabinecie Trampa. Gdy się od siebie odsunęłyśmy do pokoju wszedł Nick i zamknął drzwi.
- Jak się zapewne domyśliliście, Sophie postanowiła jednak zostać - uśmiechnął się do mnie. - Jednak nie po to was tu zebrałem. Na jej rodzinę zostały nasłane Bestie i podejrzewamy, że On się dowiedział o naszym gościu. O Naznaczonej. - Rozległy się wzburzone głosy zebranych.
- Jak to się dowiedział?
- Zamordował jej rodzinę?
- Skąd o niej wie?
Nagle Nicholas krzyknął "Cisza" tubalnym głosem, który dzwonił mi w uszach jeszcze chwilę po tym.
Wszyscy Łowcy umilkli.
- Moi drodzy, nie mam pojęcia jak to się stało. Nic nie wiem, prócz tego, że teraz, naszym obowiązkiem jest ją chronić - wskazał na mnie. - i wyszkolić. Nie możemy jej oddać w jego ręce, bo...
- Mnie zabije, prawda? - domyśliłam się. W końcu co może czekać "osobę z przepowiedni", gdy porwie ją zły gość?
- Tak.
- Więc jaki jest plan? - Mark przeszedł od razu do konkretów.
- Przede wszystkim szkolenie. Misje zwiadowcze. Więcej szkolenia. Nie możemy sobie pozwolić na utracenie czujności, ani na błędy.
- Dobra - odpowiedzieli Łowcy.
- Dziewczyny, przydałyby się zakupy naszej nowej przyjaciółce, czyż nie? - z rozbawieniem spojrzał na moje ubranie. Wciąż miałam na sobie ubrania Jasona. - Przecież nie może wciąż okradać Jasona. Zajmijcie się tym oraz nowym pokojem.Chłopcy, sprzęt i broń.
- Da się załatwić.
- Idźcie. Musimy się szybko zebrać do roboty.
Gdy wszyscy ruszyliśmy w kierunku drzwi z zamiarem wyjścia, Nick jeszcze dodał:
- A Jason... zostań ze mną na chwilę, dobrze?
- Mhm. - Widać, że nie był z tego zadowolony, ale został. Obejrzałam się za jego plecami, ciekawa co ma mu takiego tajnego do powiedzenia Nicholas.
Po wyjściu za drzwi, dziewczyny od razu ruszyły w lewo - jak się domyśliłam do korytarza sypialnianego, z którego przyszłam tutaj z Jasonem.
- Pora pokazać pokój! - pisnęła Mandy.
Spojrzałam na dziewczynę. Nie widziałam jej jeszcze w "radosnej wersji", ale gdy zobaczyłam, jak jej entuzjazm znika powoli z twarzy,uśmiechnęłam się. Widziałam, że się stara, a ja chciałam ją zaakceptować. Odpowiedziała tym samym i obie Łowczynie pociągnęły mnie korytarzami. Gdy dotarłyśmy do sypialnianego zaczęły opisywać, gdzie kto mieszka. Po lewej dziewczyny, po prawej chłopcy. Szłyśmy i po kolei słyszałam:
- Tu jest mój pokój - Mandy wskazała na ciemne drzwi.
- A tu po kolei Mark, Ryan, pusto i Jason. - Sarah kolejno pokazywała na drzwi pokoi.
Pociągnęły mnie jeszcze raz i zatrzymały przed jasnymi, ręcznie zdobionymi drzwiami.
- Tadamm! - zaintonowały razem.- Oto twój pokój. Na lewo mój, prawo Sarah. - Spojrzałam na Mandy i wprost widziałam entuzjazm i radość wylewającą się z niej uszami. Dziewczyna otworzyła drzwi do pokoju, a ja oniemiałam. Nie tego się spodziewałam. Na ten ogromnej przestrzeni...prócz materaca niczego nie było. Białe ściany, sucha, betonowa podłoga, niczym niepokryta. Nigdzie nie było mebli.
- Yhm, dziewczyny, czy TO jest mój pokój? Bo... - Nie dokończyłam.
- Nie martw się głuptasie! Jutro idziemy na zakupy i będziesz miała swój pokój - taki jaki chcesz. - Sarah mrugnęła - A teraz idź spać, jutro czeka cię wielki dzień!
Obie Łowczynie ucałowały mnie "na dobranoc" i rozeszły się do sypialni. Zostałam sama w tym przestronnym pokoju, w którym każdy krok wywoływał echo. Obok mojego "łóżka" zauważyłam mały tobołek - koszulkę i spodenki do snu. Czym prędzej się przebrałam i położyłam na materacu, który okazał się zaskakująco miękki, pachniał kwiatami, wprost zachęcał do spania. Pogrążyłam się w rozmyślaniach o rzekomej przepowiedni. Wszyscy ogromnie się nią ekscytowali, a ja wciąż nie znałam jej treści. Niby Nick mi opowiedział, o czym ona mówi, ale wydawało mi się, że chodziło o coś więcej. Coś czego nie wiem, ale za wszelką cenę muszę poznać prawdę. Z tą myślą oddałam się w ramiona Morfeusza.
***
Obudził irytujący odgłos stukania. Odruchem, naciągnęłam kołdrę na głowę i jeszcze bardziej zakopałam się w pościel mając nadzieję na odrobinę relaksacyjnego snu.
- Soph, wiem, że nie śpisz! Wstawaj! Dzisiaj twój wielki dzień! - zaświergotała brunetka.
Nagle usłyszałam męski głos, który nie wróżył nic dobrego.
- Nie cackaj się z nią, bo to nic nie daje, jeśli nie zauważyłaś. - Ryan stanowczo oświadczył i z impetem otworzył drzwi wpuszczając dziewczynę do pokoju. - Witaj, Królewno.
Gdy Sarah ściągnęła ze mnie pościel, nie miałam już wyboru. Ociągając się, otworzyłam oczy i podniosłam z materaca.
- Dzień Dobry, jak wam się spało? Mi ktoś zgotował cudowną pobudkę, nie wiecie przypadkiem kto to był? - nie mogłam ukryć zirytowania. Nie miałam nic przeciwko wczesnemu wstawaniu, ale są inne metody niż dudnienie w drzwi.
- Nie gderaj, tylko przebieraj się - wcisnęła mi w ręce ubrania i buty.
- Dzisiaj musisz urządzić pokój, łazienkę oraz uzupełnić garderobę - wyliczył chłopak. - A jutro zaczynamy trening.
- Już jutro? - zdziwiłam się.
Niby zdawałam sobie sprawę, że muszę zacząć szybko, lecz nawet nie śniłam o jutrze! A gdzie czas na przystosowanie się, zapoznanie z otoczeniem, te sprawy?
- Tak, masz bardzo dużo do nauki - wzruszyła ramionami Sarah. - Nie wiem czemu tak się oburzasz.
Chciałam jej uświadomić, że w normalnym świecie nie tak to działa, ale postanowiłam nie wykłócać się, bo nie było szansy przekonać jej do czegokolwiek.
- Do zobaczenia na śniadaniu! - Łowcy wyszli z pomieszczenia machając mi.
Pobiegłam za nimi.
- Gdzie mam iść? - krzyknęłam do oddalających się postaci.
- W lewo do końca i na prawo. Trzecie drzwi po lewej stronie! - odkrzyknęła Sarah i wraz z Ryanem zniknęła za zakrętem.
Cofnęłam się do pokoju, zamknęłam delikatnie drzwi. Została sama. Podeszłam do jednego z okien i natychmiast odsunęłam. Widziałam w las, wydawało mi się, że ten sam, który zauważyłam spotykając drzwi wejściowe Akademii. Zerknęłam jeszcze raz. Tak, to musi być ten sam. Z postanowieniem, że zapytam o to kogoś, przebrałam się i wyszłam z pokoju. Niepewnie kroczyłam korytarzem podążając za wskazówkami moich porannych gości. Na obu ścianach wisiały różne rodzaje broni, w różnym stanie. Od łuków, kuszy po malutkie sztylety, które mogłabym schować w skarpetce. Minęłam pokój Jasona, będący ostatnim i skręciłam w prawo. Usłyszałam przytłumione głosy i przyspieszyłam. Pierwsze...drugie...trzecie drzwi. Wzięłam głęboki oddech i przekroczyłam próg. Wszyscy siedzieli już na swoich miejscach i wesoło gawędzili. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, więc usiadłam na jedynym wolnym miejscu między Nickiem a Ryanem.
- Królewna dotarła jak widzę? - chłopak uśmiechnął się do mnie i zachichotał.
- Jak widać - ucięłam. Kąśliwe uwagi Łowcy nie polepszały mi humoru.
Dziewczyny siedzące naprzeciw przywitały się i szybko zapytały:
- Od czego zaczniemy? Pokój, ciuchy....
- Hej, dajcie jej chociaż zjeść, co? - powiedział Jason z drugiego końca stołu z jedzeniem w ustach.
Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością i zaczęłam nakładać śniadanie. Jedząc, przyglądałam się innym biesiadnikom. Ryan wciąż chichotał, a teraz dołączył do niego Mark. Przeniosłam wzrok na Mandy, która natychmiast opuściła swój i z wielkim zainteresowaniem zaczęła oglądać kanapki. Sarah coś opowiadała Nickowi popijając sok. Przełknęłam ostatni kęs i zapytałam głośno:
- O co wam wszystkim chodzi?
Jason wybuchnął wstrzymywanym śmiechem.
- Jeśli potrzebujesz, mogę ci użyczyć łazienki, wystarczy poprosić. - Na te słowa zgromadzeni ryknęli gromkim śmiechem.
Złapałam się za włosy i zakryłam dłonią usta. Jestem nieuczesana, mam nieumyte zęby, śmierdzę, bo się nie umyłam. Pospiesznie wstałam od stołu mrucząc niewyraźnie "Przepraszam" przez dłoń. Zerknęłam na dziewczyny.
- Niebieskie drzwi - powiedziała Mandy.
Wybiegłam za drzwi jadalni i pobiegłam do pokoju blondynki. Zatrzymałam się na chwilę przed nim z wahaniem i otworzyłam. Moim oczom ukazał się biały pokój, który wielkością nie ustępował mojemu. W centrum, dokładnie naprzeciwko wejścia, stało ogromne łóżko. Po jego obu stronach stały szafki. Po lewej stronie pokoju stało ogromne biurko, toaletka godna królowej Anglii, hamak i mata do... jogi? Ciekawe połączenie - Mandy i joga. Spojrzałam na prawą ścianę. Pokrywał ją obraz plaży i widniały tylko dwie pary drzwi. Białe i niebieskie prowadzące do łazienki. Delikatnie je otworzyłam i po raz kolejny w ciągu tych 30 sekund oniemiałam. Beżowe płytki i niebieska mozaika znów przywodziły na myśl plażę. Przeszłam niepewnie korytarzem do niezbyt wielkiej łazienki. Z prawej strony był prysznic wbudowany w ścianę, obok stała toaleta. Naprzeciw stała porcelanowa umywalka z lustrem ciągnącym się przez całą długość łazienki, a wielokolorowe muszelki tworzyły jego obramowanie. Nieśmiało otworzyłam szafkę stojącą poniżej w poszukiwaniu szczoteczki do zębów. Nagle ciszę przerwał delikatny głos Mandy.
- Górna półka.
Na dźwięk jej głosu podskoczyłam i uderzyłam głową w umywalkę. Zażenowana wzięłam szczoteczkę i pastę do zębów.
- Dzięki - powiedziałam spoglądając na nią w lustro.
Zbyła mnie machnięciem ręki.
- To my powinniśmy ci dziękować, że do nas dołączyłaś - pokręciła głową.
- Nawet nie wiem o co wam chodzi. Nie wiem co jest we mnie takiego wyjątkowego - powiedziałam z ustami pełnymi pasty.
- Zobaczymy - podeszła do mnie i sięgnęła do szafki. - Tu masz szczotkę - powiedziała podając mi ją. - A ja będę w pokoju, ok?
Nie chcąc opluć jej płynem, pokiwałam głową.
Dziewczyna wyszła z łazienki zostawiając mnie samą. Szybko opłukałam buzię, uczesałam włosy i umyłam twarz. Odświeżona, wyszłam z pomieszczenia. W pokoju siedziały już gotowe Łowczynie.
- Czas na zakupy! - ucieszyła się Sarah i wspólnie wyprowadziły mnie z pokoju.
Idąc korytarzami liczyłam skręty. Lewo, lewo, lewo. I znalazłyśmy się przed wyjściem.
- Jak my stąd wyjdziemy?
- O to się nie martw. Myślę, że powinnyśmy zająć się pokojem - Mandy przejęła inicjatywę. - Może być?
- Chyba tak. - Nie wiedziałam jakie to ma znaczenie.
- W takim razie ruszamy! Kierunek - Europa. - Sarah złapała mnie za rękę i wspólnie przeszłyśmy przez drzwi.
środa, 9 lipca 2014
R10
- Potrzebuję pomocy.
Jego spojrzenie natychmiast przybrało chłodny i opanowany wyraz. Widziałam, jak w jednej chwili się spiął, a po lekkim i radosnym humorze, nie pozostało ani śladu.
- Co się stało?
- Moi rodzice zostali zamordowani.
Przez moment widziałam w jego oczach zaskoczenie i coś na rodzaj przerażenia, ale zaraz zniknęło. Chłopak rozejrzał się na boki, złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę tylnego wyjścia ze szkoły. Następnie skierował się w stronę wzgórza, które położone jest niedaleko od budynku. Gdy zobaczyłam, że to nie jest koniec drogi, zaczęłam się wyrywać.
- Do cholery, zostaw mnie i powiedz co ci odwaliło!
- Opowiedz dokładnie o tym morderstwie. - Wyraz jego twarzy sugerował, że ta informacje jest bardzo ważna.
- Po powrocie do domu kilka dni temu... - wzięłam głęboki oddech. - Po prostu weszłam i napotkałam ciała moich rodziców i brata. Koniec historii.
- Powiedz więcej. Szczegóły! - Złapał mnie za rękę i ścisnął, jakby od tego zależało jego życie.
Poczułam w oczach łzy bólu i tłumionej, powracającej rozpaczy.
- NIE! - krzyknęłam i zbiegłam z góry.
Wiatr brutalnie smagał piaskiem, kamyczkami i liśćmi po mojej twarzy, a ja tylko przyspieszyłam. Co za idiotka ze mnie. Jak ja mogłam pomyśleć, że Jason mi pomoże? Mało tego, choćby wysłuchał. Rozmowa z nim tylko rozdrapała delikatnie zabliźnione rany. Teraz, gdy mój cel, który chwilowo dał siły do działania, legł w gruzach, cały smutek powrócił ze zdwojoną siłą. Znów przyspieszyłam. Czułam jak serce mi bije coraz szybciej, próbując nadążyć za tempem, które mu narzuciłam. Biegłam bez celu, starając się zostawić gdzieś za sobą smutek, ale to nie było takie proste. Czarne myśli wciąż i wciąż siedziały w mojej głowie, nie dając mi wytchnienia. Skierowałam się na ogromne drzewo przede mną i uderzyłam w nie z całej siły. Jeden raz, drugi, trzeci. Wciąż nie czując ulgi, odpuściłam i osunęłam się na wilgotną od rosy ziemię. Zaniosłam się szlochem, a dreszcze wstrząsały mną raz po raz.
- Hej. Hej. Spójrz na mnie - usłyszałam głos Jasona obok ucha.
- Czego znów chcesz? Daj mi spokój! Nie pomożesz mi, nikt mi nie pomoże, jestem sama!! - Moim ciałem po raz kolejny wstrząsnął szloch.
- Obejmij mnie.
- Co? Nie. - odsunęłam się od niego.
Chłopak przysunął się do mnie i sam to zrobił. Nagle poczułam jak wszystko zasnuwa ciemność, tracę grunt, a jedynym moim oparciem był Jason, do którego odruchowo przycisnęłam jeszcze mocniej ciało.
- Wiem, że różne laski na mnie lecą, ale ty? - zaśmiał się.
Szybko go puściłam, odsunęłam się i rozejrzałam. To niemożliwe. Znów byłam w Akademii, przynajmniej tak czułam. Ironia losu - podczas, gdy tyle czasu usiłowałam o niej zapomnieć oraz udaje mi się to, nagle do niej trafiam. Jeszcze raz ogarnęłam wzrokiem pomieszczenie, które wyglądało na sypialnię.
- Gdzie jesteśmy?
- U mnie.
- W pokoju?
- A na co to wygląda?
- Ha. Ha. - Wstałam z podłogi i rozejrzałam się.
Wszystkie meble znajdujące się w pokoju były jasne, dla kontrastu z ciemnymi ścianami. Wszędzie piętrzyły się stosy płyt, parę książek, a gdzieniegdzie mogłam zauważyć sztylety rozrzucone pomiędzy. Podeszłam do biurka i przesunęłam ręką po leżącym na nim czarnym laptopie. Odwróciłam się i ruszyłam w kierunku komody, gdy potknęłam się o płyty. Podniosłam jedną i sprawdziłam zespół. Linkin Park, mogłam się domyślić. Sięgnęłam po kolejną. Fall Out Boy. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Też słuchasz? - wskazałam na płytę.
Odwrócił się gwałtownie i pokiwał głową.
- Taaak.
Gdy dotarłam do komody moim oczom ukazały się zdjęcia Jasona. Odłożyłam płyty, które wciąż trzymałam w rękach i sięgnęłam po ramki. Na jednym stała cała ekipa z Akademii. Na widok uśmiechniętej Sarah, coś mnie ścisnęło z gardle. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo chciałam ją zobaczyć i pogadać. Odłożyłam je pospiesznie i przyjrzałam się kolejnemu. Zobaczyłam młodą parę z synem - jak się domyśliłam, Jasonem i natychmiast dostrzegłam ogromne podobieństwo między nim a matką. Obydwoje mieli ciemnoblond włosy, szare oczy i taki sam kształt twarzy. Zerknęłam jeszcze raz na Jasona porównując jego "starszą wersję" z matką. Podobieństwa zostały, ale syn był teraz bogatszy o bliznę, przez którą nie były one tak wyraźne. Spojrzałam na ostatnie zdjęcie, a właściwie dwa złączone. Na prawym nim stał Jason obejmujący jakąś dziewczynę. Bardzo piękną dziewczynę. Długie, czarne włosy spięte w kucyk opadały jej na plecy. Lekko opalona cera; piękne, pełne usta rozciągnięte w uśmiechu oraz duże, krystalicznie niebieskie oczy otoczone gęstym wachlarzem rzęs przywodziły na myśl elfa. Wrażenie potęgował fakt, iż była drobna i bardzo szczupła. Brakowało jej tylko skrzydeł - pomyślałam z przekąsem. Na zdjęciu obok również znajdowała się ta para, ale w zabawnej pozycji, gdzie Łowca ciągnął dziewczynę za kucyk. Oboje wyglądali na szczęśliwych i beztroskich, co nie pasowało mi do teraźniejszego Jasona.
- Kto im jest ta dziewczyna? - Mój głos zabrzmiał ostrzej niż miałam zamiar.
Dopiero teraz zauważyłam, że chłopak usiadł na ogromnym łóżku będącym centrum pokoju. Podniósł się i podszedł do mnie, aby zerknąć na zdjęcie.
- To Caitlyn. Moja narzeczona.
Chciałabym wszystkich czytelników ogromnie przeprosić. Przez ostatnie miesiące nic nie dodałam, żadnego postu, nie powiadomiłam nikogo o tym i czuję się tym [sobą] zażenowana. Na usprawiedliwienie mam błahy powód - problemy rodzinne, potem koniec roku szkolnego, co sprawiło, że zaniedbałam internetowych przyjaciół. Teraz mam nadzieję to naprawić i na nowo zachęcić Was do czytania historii Sophie. Jeszcze raz OGROMNIE przepraszam! W szczególności Artalife, która mnie męczyła i nie pozwalała zapomnieć o blogu oraz której dedykuję ten i najbliższe posty. - Autorka
PS. Zdaję sobie sprawę z tego,że ten rozdział nie "powala na kolana" długością, ale mam nadzieję, że fakt, iż teraz częstotliwość dodawania ich znacznie wzrośnie, a same teksty się wydłużą, pocieszy Was i zachęci w jakiś sposób do czytania.
Jego spojrzenie natychmiast przybrało chłodny i opanowany wyraz. Widziałam, jak w jednej chwili się spiął, a po lekkim i radosnym humorze, nie pozostało ani śladu.
- Co się stało?
- Moi rodzice zostali zamordowani.
Przez moment widziałam w jego oczach zaskoczenie i coś na rodzaj przerażenia, ale zaraz zniknęło. Chłopak rozejrzał się na boki, złapał mnie za rękę i pociągnął w stronę tylnego wyjścia ze szkoły. Następnie skierował się w stronę wzgórza, które położone jest niedaleko od budynku. Gdy zobaczyłam, że to nie jest koniec drogi, zaczęłam się wyrywać.
- Do cholery, zostaw mnie i powiedz co ci odwaliło!
- Opowiedz dokładnie o tym morderstwie. - Wyraz jego twarzy sugerował, że ta informacje jest bardzo ważna.
- Po powrocie do domu kilka dni temu... - wzięłam głęboki oddech. - Po prostu weszłam i napotkałam ciała moich rodziców i brata. Koniec historii.
- Powiedz więcej. Szczegóły! - Złapał mnie za rękę i ścisnął, jakby od tego zależało jego życie.
Poczułam w oczach łzy bólu i tłumionej, powracającej rozpaczy.
- NIE! - krzyknęłam i zbiegłam z góry.
Wiatr brutalnie smagał piaskiem, kamyczkami i liśćmi po mojej twarzy, a ja tylko przyspieszyłam. Co za idiotka ze mnie. Jak ja mogłam pomyśleć, że Jason mi pomoże? Mało tego, choćby wysłuchał. Rozmowa z nim tylko rozdrapała delikatnie zabliźnione rany. Teraz, gdy mój cel, który chwilowo dał siły do działania, legł w gruzach, cały smutek powrócił ze zdwojoną siłą. Znów przyspieszyłam. Czułam jak serce mi bije coraz szybciej, próbując nadążyć za tempem, które mu narzuciłam. Biegłam bez celu, starając się zostawić gdzieś za sobą smutek, ale to nie było takie proste. Czarne myśli wciąż i wciąż siedziały w mojej głowie, nie dając mi wytchnienia. Skierowałam się na ogromne drzewo przede mną i uderzyłam w nie z całej siły. Jeden raz, drugi, trzeci. Wciąż nie czując ulgi, odpuściłam i osunęłam się na wilgotną od rosy ziemię. Zaniosłam się szlochem, a dreszcze wstrząsały mną raz po raz.
- Hej. Hej. Spójrz na mnie - usłyszałam głos Jasona obok ucha.
- Czego znów chcesz? Daj mi spokój! Nie pomożesz mi, nikt mi nie pomoże, jestem sama!! - Moim ciałem po raz kolejny wstrząsnął szloch.
- Obejmij mnie.
- Co? Nie. - odsunęłam się od niego.
Chłopak przysunął się do mnie i sam to zrobił. Nagle poczułam jak wszystko zasnuwa ciemność, tracę grunt, a jedynym moim oparciem był Jason, do którego odruchowo przycisnęłam jeszcze mocniej ciało.
- Wiem, że różne laski na mnie lecą, ale ty? - zaśmiał się.
Szybko go puściłam, odsunęłam się i rozejrzałam. To niemożliwe. Znów byłam w Akademii, przynajmniej tak czułam. Ironia losu - podczas, gdy tyle czasu usiłowałam o niej zapomnieć oraz udaje mi się to, nagle do niej trafiam. Jeszcze raz ogarnęłam wzrokiem pomieszczenie, które wyglądało na sypialnię.
- Gdzie jesteśmy?
- U mnie.
- W pokoju?
- A na co to wygląda?
- Ha. Ha. - Wstałam z podłogi i rozejrzałam się.
Wszystkie meble znajdujące się w pokoju były jasne, dla kontrastu z ciemnymi ścianami. Wszędzie piętrzyły się stosy płyt, parę książek, a gdzieniegdzie mogłam zauważyć sztylety rozrzucone pomiędzy. Podeszłam do biurka i przesunęłam ręką po leżącym na nim czarnym laptopie. Odwróciłam się i ruszyłam w kierunku komody, gdy potknęłam się o płyty. Podniosłam jedną i sprawdziłam zespół. Linkin Park, mogłam się domyślić. Sięgnęłam po kolejną. Fall Out Boy. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Też słuchasz? - wskazałam na płytę.
Odwrócił się gwałtownie i pokiwał głową.
- Taaak.
Gdy dotarłam do komody moim oczom ukazały się zdjęcia Jasona. Odłożyłam płyty, które wciąż trzymałam w rękach i sięgnęłam po ramki. Na jednym stała cała ekipa z Akademii. Na widok uśmiechniętej Sarah, coś mnie ścisnęło z gardle. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo chciałam ją zobaczyć i pogadać. Odłożyłam je pospiesznie i przyjrzałam się kolejnemu. Zobaczyłam młodą parę z synem - jak się domyśliłam, Jasonem i natychmiast dostrzegłam ogromne podobieństwo między nim a matką. Obydwoje mieli ciemnoblond włosy, szare oczy i taki sam kształt twarzy. Zerknęłam jeszcze raz na Jasona porównując jego "starszą wersję" z matką. Podobieństwa zostały, ale syn był teraz bogatszy o bliznę, przez którą nie były one tak wyraźne. Spojrzałam na ostatnie zdjęcie, a właściwie dwa złączone. Na prawym nim stał Jason obejmujący jakąś dziewczynę. Bardzo piękną dziewczynę. Długie, czarne włosy spięte w kucyk opadały jej na plecy. Lekko opalona cera; piękne, pełne usta rozciągnięte w uśmiechu oraz duże, krystalicznie niebieskie oczy otoczone gęstym wachlarzem rzęs przywodziły na myśl elfa. Wrażenie potęgował fakt, iż była drobna i bardzo szczupła. Brakowało jej tylko skrzydeł - pomyślałam z przekąsem. Na zdjęciu obok również znajdowała się ta para, ale w zabawnej pozycji, gdzie Łowca ciągnął dziewczynę za kucyk. Oboje wyglądali na szczęśliwych i beztroskich, co nie pasowało mi do teraźniejszego Jasona.
- Kto im jest ta dziewczyna? - Mój głos zabrzmiał ostrzej niż miałam zamiar.
Dopiero teraz zauważyłam, że chłopak usiadł na ogromnym łóżku będącym centrum pokoju. Podniósł się i podszedł do mnie, aby zerknąć na zdjęcie.
- To Caitlyn. Moja narzeczona.
Chciałabym wszystkich czytelników ogromnie przeprosić. Przez ostatnie miesiące nic nie dodałam, żadnego postu, nie powiadomiłam nikogo o tym i czuję się tym [sobą] zażenowana. Na usprawiedliwienie mam błahy powód - problemy rodzinne, potem koniec roku szkolnego, co sprawiło, że zaniedbałam internetowych przyjaciół. Teraz mam nadzieję to naprawić i na nowo zachęcić Was do czytania historii Sophie. Jeszcze raz OGROMNIE przepraszam! W szczególności Artalife, która mnie męczyła i nie pozwalała zapomnieć o blogu oraz której dedykuję ten i najbliższe posty. - Autorka
PS. Zdaję sobie sprawę z tego,że ten rozdział nie "powala na kolana" długością, ale mam nadzieję, że fakt, iż teraz częstotliwość dodawania ich znacznie wzrośnie, a same teksty się wydłużą, pocieszy Was i zachęci w jakiś sposób do czytania.
piątek, 14 marca 2014
R9
W drodze do szkoły cicho podśpiewywałam. Każdy poranek był coraz piękniejszy, odzyskiwałam radość i pogodę ducha. Mimo że kilka dni temu Evelyn wyjechała do swojego brata, do Anglii, nie załamywałam się, bo wiedziałam, że wraca za miesiąc i spędzimy razem Wielkanoc, która w tym roku wypada wyjątkowo późno.
Kiedy dotarłam pod swoją szafkę, czekał tam już na mnie Jason, oczywiście w otoczeniu swojej świty złożonej z licznych adoratorek. Gdy dojrzał mnie wśród tłumu, natychmiast podbiegł, aby się przywitać.
- Cześć! Dzięki, że w końcu przyszłaś, te dziewczyny są naprawdę irytujące. - Przytulił mnie tak, że znalazłam się w powietrzu.
- Nie ma za co, do usług - zaśmiałam się. - Teraz mnie puść, muszę wziąć książki, a zaraz zacznie się lekcja.
Chłopak sięgnął po coś do torby.
- Mówisz o tym? - W jego dłoni ujrzałam moje podręczniki i zeszyt.
- Dzięki! - Uciekłam przed siebie, aby mnie nie złapał.
Ruszyłam szybko w stronę sali, jednak Jason był szybszy. Dogonił mnie przy końcu korytarza i zaczął łaskotać, a z mojego gardła wydobyły się piski.
- Koniec?
- Tak, obiecuję, koniec, tylko przestań!!
Gdy mnie puścił, odetchnęłam z ulgą i poprawiłam ubranie. Odwróciłam się, pokazałam mu język, a potem ruszyłam do klasy.
- Hej, Rudzielcu, wracaj!
Nie zareagowałam. Nie jestem rudzielcem. Moje włosy są kasztanowe, ale nie RUDE! Nie wiem dlaczego, zawsze odpychał mnie ten kolor i nie znoszę, gdy ktoś tak określa moje włosy.
- No chodź tu. - Spróbował złapać mnie za pasek od torby, ale się uchyliłam i wpadłam do sali. Usiadłam w ławce, ostentacyjnie rozłożyłam książki i włożyłam słuchawki.
Ostatnimi czasy bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Spędzaliśmy wolne chwile razem, staliśmy się głównym tematem szkolnych ploteczek i gazetki. Jednego dnia na lunchu biegaliśmy po stołówce rzucając w siebie chrupkami, a następnego nasze zdjęcia zajmowały pierwszą stronę pisma i trafiły na stronę szkoły. Od tamtej pory amantki Jasona wodziły za mną nienawistnym spojrzeniem, z czego cały czas się śmiałam. Poza tym, nasz duet stał się ulubioną parą nauczycieli. Zawsze brali nas do pokazywania scenek, preparatów, ćwiczeń, czytania, tłumaczenia i niezliczenie wielu innych rzeczy.
Dzisiaj na angielskim odgrywaliśmy sceny z "Romea i Julii" Shakespeare'a. Każda z par losowała karteczkę z nazwą danej sceny, którą miała zaprezentować. Gdy pani Openflow podeszła do nas, zamknęłam oczy i pociągnęłam pierwszy z brzegu papierek. Nie otwierając, podałam go partnerowi. Nagle, na jego ustach wykwitł ogromny, głupkowaty uśmiech. Spanikowana wyrwałam mu kartkę z dłoni i przebiegłam wzrokiem po tekście.
- Chyba sobie żartujesz. - Spojrzałam na niego z wyrzutem, na co on zaczął się śmiać.
Kiedy dotarłam pod swoją szafkę, czekał tam już na mnie Jason, oczywiście w otoczeniu swojej świty złożonej z licznych adoratorek. Gdy dojrzał mnie wśród tłumu, natychmiast podbiegł, aby się przywitać.
- Cześć! Dzięki, że w końcu przyszłaś, te dziewczyny są naprawdę irytujące. - Przytulił mnie tak, że znalazłam się w powietrzu.
- Nie ma za co, do usług - zaśmiałam się. - Teraz mnie puść, muszę wziąć książki, a zaraz zacznie się lekcja.
Chłopak sięgnął po coś do torby.
- Mówisz o tym? - W jego dłoni ujrzałam moje podręczniki i zeszyt.
- Dzięki! - Uciekłam przed siebie, aby mnie nie złapał.
Ruszyłam szybko w stronę sali, jednak Jason był szybszy. Dogonił mnie przy końcu korytarza i zaczął łaskotać, a z mojego gardła wydobyły się piski.
- Koniec?
- Tak, obiecuję, koniec, tylko przestań!!
Gdy mnie puścił, odetchnęłam z ulgą i poprawiłam ubranie. Odwróciłam się, pokazałam mu język, a potem ruszyłam do klasy.
- Hej, Rudzielcu, wracaj!
Nie zareagowałam. Nie jestem rudzielcem. Moje włosy są kasztanowe, ale nie RUDE! Nie wiem dlaczego, zawsze odpychał mnie ten kolor i nie znoszę, gdy ktoś tak określa moje włosy.
- No chodź tu. - Spróbował złapać mnie za pasek od torby, ale się uchyliłam i wpadłam do sali. Usiadłam w ławce, ostentacyjnie rozłożyłam książki i włożyłam słuchawki.
Ostatnimi czasy bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Spędzaliśmy wolne chwile razem, staliśmy się głównym tematem szkolnych ploteczek i gazetki. Jednego dnia na lunchu biegaliśmy po stołówce rzucając w siebie chrupkami, a następnego nasze zdjęcia zajmowały pierwszą stronę pisma i trafiły na stronę szkoły. Od tamtej pory amantki Jasona wodziły za mną nienawistnym spojrzeniem, z czego cały czas się śmiałam. Poza tym, nasz duet stał się ulubioną parą nauczycieli. Zawsze brali nas do pokazywania scenek, preparatów, ćwiczeń, czytania, tłumaczenia i niezliczenie wielu innych rzeczy.
Dzisiaj na angielskim odgrywaliśmy sceny z "Romea i Julii" Shakespeare'a. Każda z par losowała karteczkę z nazwą danej sceny, którą miała zaprezentować. Gdy pani Openflow podeszła do nas, zamknęłam oczy i pociągnęłam pierwszy z brzegu papierek. Nie otwierając, podałam go partnerowi. Nagle, na jego ustach wykwitł ogromny, głupkowaty uśmiech. Spanikowana wyrwałam mu kartkę z dłoni i przebiegłam wzrokiem po tekście.
- Chyba sobie żartujesz. - Spojrzałam na niego z wyrzutem, na co on zaczął się śmiać.
Nauczycielka podeszła do naszej dwójki i poprosiła o pokazanie kartki. Przeczytała, uśmiechnęła się, odeszła.
- Moi drodzy, macie jeszcze minutę na ustalenie między sobą szczegółów i zaczniemy. Pierwsi będą... Sophie i Jason!
Mogłam się tego spodziewać. Teressa od początku zabierała nas do wszystkiego, dlaczego teraz miałoby być inaczej?
- Jak robimy? - odwróciłam się do partnera - Mamy mało czasu, skup się!
- Znasz tekst?
- Głupie pytanie.
- W takim razie nie widzę problemu.
- Koniec czasu, zapraszamy na scenę... - pani Openflow zaprosiła nas na środek klasy gestem ręki.
Zaczęliśmy grać. Jason w roli Romea wyglądał, jakby przeniósł się do XXI wieku prosto z Shekespeare'owej przeszłości, jakby naprawdę był zdruzgotanym myślą o śmierci ukochanej bohaterem, a nie zwykłym uczniem. Przyszła moja kolej.
- ... Niedobry, wszystko wypiłeś, a dla mnie
Ani kropelki, abym mogła pójść
Za Tobą? Daj mi choć usta - spróbuję
Scałować z nich truciznę; to nas złączy:
Ten pocałunek i ta wspólna śmierć. - Przesunęłam palcami po jego policzku.
Pochyliłam się i złożyłam pocałunek na jego ciepłych wargach. Czułam jak przyspiesza mi serce, usłyszałam moje imię wydobywające się z jego ust. Ust, które idealnie pasowały do moich; ust, które od razu znalazły wspólny rytm z moimi; ust złączonych w pocałunku, którego nigdy nie chciałam skończyć, lecz musiałam. Delikatnie go przerwałam, czując, jakbym nagle straciła ważną cząstkę siebie. Wróciłam na ziemię. Klasa i nauczycielka klaskali zawzięcie, a my się nie poruszaliśmy. Po prostu patrzyliśmy sobie w oczy, nie zwracając uwagi na świat dookoła, a nasze wargi wciąż były niebezpiecznie blisko siebie. W końcu szepnęłam "Chodź". Wydawało mi się przez chwilę, że przez jego twarz przemknął cień zawodu, ale nie byłam pewna. Wstaliśmy, podziękowaliśmy i usiedliśmy w ławce. Żadne z nas nie skomentowało tego pocałunku.
- Słuchaj... - zaczęłam.
- Soph... - usłyszałam w tym samym momencie i się uśmiechnęłam. - Mów pierwsza.
- To był tylko głupi pocałunek na rzecz występu. To nic nie zmieni pomiędzy nami, prawda?
- To samo chciałem powiedzieć. - Nie wiem dlaczego, ale mu nie uwierzyłam. Coś w jego oczach temu zaprzeczało. - To nic nie zmienia. Nadal się przyjaźnimy!
Przyjaźń...? Spojrzałam na niego i po raz kolejny na moich ustach zawitał uśmiech. Tak, przyjaźń.
Szybkim krokiem ruszyłam do domu. Chciało mi się skakać, tańczyć, śpiewać, gotować, rysować i pisać, najlepiej wszystko na raz. Po raz pierwszy od tylu tygodni wypełniała mnie energia,
której nie mogłam pohamować. Cały świat wydawał się być radośniejszym, pełnym kolorów i piękna. Nagle dopadło mnie przeczucie, że coś jest nie tak. Sprawdziłam torbę, rozejrzałam się. Nie zauważyłam niczego nienormalnego ani podejrzanego. Stwierdziłam, że tylko wymyślam od nadmiaru szczęścia, którego dawno nie odczuwałam i się odzwyczaiłam. Założyłam słuchawki i zaczęłam śpiewać idąc przez park. Prawie nikogo tu nie było, nie o tej porze. Przyspieszyłam. Chciałam znaleźć się w moim pokoju, gdzie mogę śpiewać, a nikt mnie nie usłyszy; mogę tańczyć, bo nikt mnie nie widzi; mogę rysować i pisać, a nikt nie stoi mi nad głową i marudzi. Gdy dotarłam do drzwi wzięłam głęboki oddech, nacisnęłam klamkę i przeszłam. W pierwszym odruchu pomyślałam, że pomyliłam domy. Wszystko było jedną wielką ruiną. Ściany poprzebijane, meble zniszczone. Nieliczne sprzęty zostały nienaruszone. Ogarnęłam przestrzeń wzrokiem, na ścianie zauważyłam czerwone plamy. Potem zaczęłam się śmiać. Tak, mój dom jest zniszczony, nie wiedziałam co mogłam zastać dalej, a ja się śmiałam jak opętana. Nadal w szoku, ruszyłam po skrzypiących schodach na piętro. Tutaj wszystko wyglądało jak zawsze, oczywiście prócz schlapanych krwią ścian. Przeszłam wolnym krokiem po pokojach. Łazienka, gabinet, mój pokój wyglądały normalnie, a gdy weszłam do brata na pierwszy rzut oka też mi się tak zdawało.Leżał w łóżku, pod kołdrą, a jego ulubiony robot obok. Niepewnie podeszłam do niego i odsłoniłam pościel. Całe jego brzuch był rozcięty na pół, urwana głowa byle jak dociśnięta do reszty ciała, a w ręce trzymał swoje serce. Z krzykiem odsunęłam się od trupa. Pobiegłam do sypialni rodziców, nie wiedząc czego mogę się spodziewać. Trzęsącymi dłońmi otworzyłam drzwi i przeszłam przez próg. Nad łóżkiem wisieli moja mama i tata, rozcięci jak Alex, oczy wydłubane i włożone do kieliszków od wina stojących na stoliku. Poczułam łzy w oczach, wszystko się rozmazało, a chwilę potem świat spowiła ciemność.
Wracała mi świadomość. Czułam ból w mięśniach i piekące powieki, ale nie nie ruszałam się. Nie chciałam, aby to wszystko było prawdą. Szokującą, okropną oraz niemożliwą, lecz musiałam się upewnić. Szybko wstałam i natychmiast pojawiły mi się mroczki. Zignorowałam je i znów ujrzałam to. To czego nigdy nie usunę z pamięci, choć bym chciała.
Żyłam jak dawniej. Myłam się, jadłam, grałam na komputerze, ćwiczyłam, ale wszystko w domu. Zdjęłam ciała rodziców, umyłam wszystkie trzy, zszyłam. Z każdym dniem rosła we mnie coraz większa nienawiść. Nie wiedziałam, co mogę z tym zrobić. Mimo intensywnego myślenia i chęci, nic mi się nie udało, aż do pewnego wieczoru, podczas którego, zdałam sobie sprawę, że mam jeszcze jedno wyjście. Trudne do zrealizowania, trudne dla mnie, lecz jedyne, które pozwoli mi dokonać zemsty.
Wstałam tego poranka bardzo wcześnie i zanim się obejrzałam, byłam w drodze do szkoły. Nie wzięłam nic, prócz telefonu i portfela. Dom zostawiłam w idealnym porządku, napisałam list do pani Rautew, aby przyszła nas 'odwiedzić'. Ostatni raz rzuciłam spojrzenie na miejsce, w którym się wychowałam i dorastałam. Miejsce, w którym przeżyłam swe największe smutki i radości. Miejsce, które na zawsze pozostanie w moim sercu. Ostatni raz. Już na zawsze.
Sprawdziłam godzinę. 7:33. Za dokładnie 2 minuty Jason wejdzie do szkoły i podejdzie do swojej szafki, czyli tutaj. Jeszcze raz poprawiłam ubranie, koka, spojrzałam w lustro. Podniosłam wzrok, gdy chłopak przekroczył próg szkoły. Rozejrzał się z nadzieją po korytarzu i nasze oczy się spotkały. Gdy mnie ujrzał ruszył w moim kierunku, a ja nie pozostałam mu dłużna. Szliśmy, a ludzie ustępowali nam z drogi.Widziałam, jak jego usta układają się w "cześć", którego nie zdążył powiedzieć, ponieważ szybko złapałam go za kurtkę, pociągnęłam na ścianę i wypaliłam:
- Potrzebuję pomocy.
Ani kropelki, abym mogła pójść
Za Tobą? Daj mi choć usta - spróbuję
Scałować z nich truciznę; to nas złączy:
Ten pocałunek i ta wspólna śmierć. - Przesunęłam palcami po jego policzku.
Pochyliłam się i złożyłam pocałunek na jego ciepłych wargach. Czułam jak przyspiesza mi serce, usłyszałam moje imię wydobywające się z jego ust. Ust, które idealnie pasowały do moich; ust, które od razu znalazły wspólny rytm z moimi; ust złączonych w pocałunku, którego nigdy nie chciałam skończyć, lecz musiałam. Delikatnie go przerwałam, czując, jakbym nagle straciła ważną cząstkę siebie. Wróciłam na ziemię. Klasa i nauczycielka klaskali zawzięcie, a my się nie poruszaliśmy. Po prostu patrzyliśmy sobie w oczy, nie zwracając uwagi na świat dookoła, a nasze wargi wciąż były niebezpiecznie blisko siebie. W końcu szepnęłam "Chodź". Wydawało mi się przez chwilę, że przez jego twarz przemknął cień zawodu, ale nie byłam pewna. Wstaliśmy, podziękowaliśmy i usiedliśmy w ławce. Żadne z nas nie skomentowało tego pocałunku.
- Słuchaj... - zaczęłam.
- Soph... - usłyszałam w tym samym momencie i się uśmiechnęłam. - Mów pierwsza.
- To był tylko głupi pocałunek na rzecz występu. To nic nie zmieni pomiędzy nami, prawda?
- To samo chciałem powiedzieć. - Nie wiem dlaczego, ale mu nie uwierzyłam. Coś w jego oczach temu zaprzeczało. - To nic nie zmienia. Nadal się przyjaźnimy!
Przyjaźń...? Spojrzałam na niego i po raz kolejny na moich ustach zawitał uśmiech. Tak, przyjaźń.
Szybkim krokiem ruszyłam do domu. Chciało mi się skakać, tańczyć, śpiewać, gotować, rysować i pisać, najlepiej wszystko na raz. Po raz pierwszy od tylu tygodni wypełniała mnie energia,
której nie mogłam pohamować. Cały świat wydawał się być radośniejszym, pełnym kolorów i piękna. Nagle dopadło mnie przeczucie, że coś jest nie tak. Sprawdziłam torbę, rozejrzałam się. Nie zauważyłam niczego nienormalnego ani podejrzanego. Stwierdziłam, że tylko wymyślam od nadmiaru szczęścia, którego dawno nie odczuwałam i się odzwyczaiłam. Założyłam słuchawki i zaczęłam śpiewać idąc przez park. Prawie nikogo tu nie było, nie o tej porze. Przyspieszyłam. Chciałam znaleźć się w moim pokoju, gdzie mogę śpiewać, a nikt mnie nie usłyszy; mogę tańczyć, bo nikt mnie nie widzi; mogę rysować i pisać, a nikt nie stoi mi nad głową i marudzi. Gdy dotarłam do drzwi wzięłam głęboki oddech, nacisnęłam klamkę i przeszłam. W pierwszym odruchu pomyślałam, że pomyliłam domy. Wszystko było jedną wielką ruiną. Ściany poprzebijane, meble zniszczone. Nieliczne sprzęty zostały nienaruszone. Ogarnęłam przestrzeń wzrokiem, na ścianie zauważyłam czerwone plamy. Potem zaczęłam się śmiać. Tak, mój dom jest zniszczony, nie wiedziałam co mogłam zastać dalej, a ja się śmiałam jak opętana. Nadal w szoku, ruszyłam po skrzypiących schodach na piętro. Tutaj wszystko wyglądało jak zawsze, oczywiście prócz schlapanych krwią ścian. Przeszłam wolnym krokiem po pokojach. Łazienka, gabinet, mój pokój wyglądały normalnie, a gdy weszłam do brata na pierwszy rzut oka też mi się tak zdawało.Leżał w łóżku, pod kołdrą, a jego ulubiony robot obok. Niepewnie podeszłam do niego i odsłoniłam pościel. Całe jego brzuch był rozcięty na pół, urwana głowa byle jak dociśnięta do reszty ciała, a w ręce trzymał swoje serce. Z krzykiem odsunęłam się od trupa. Pobiegłam do sypialni rodziców, nie wiedząc czego mogę się spodziewać. Trzęsącymi dłońmi otworzyłam drzwi i przeszłam przez próg. Nad łóżkiem wisieli moja mama i tata, rozcięci jak Alex, oczy wydłubane i włożone do kieliszków od wina stojących na stoliku. Poczułam łzy w oczach, wszystko się rozmazało, a chwilę potem świat spowiła ciemność.
Wracała mi świadomość. Czułam ból w mięśniach i piekące powieki, ale nie nie ruszałam się. Nie chciałam, aby to wszystko było prawdą. Szokującą, okropną oraz niemożliwą, lecz musiałam się upewnić. Szybko wstałam i natychmiast pojawiły mi się mroczki. Zignorowałam je i znów ujrzałam to. To czego nigdy nie usunę z pamięci, choć bym chciała.
Żyłam jak dawniej. Myłam się, jadłam, grałam na komputerze, ćwiczyłam, ale wszystko w domu. Zdjęłam ciała rodziców, umyłam wszystkie trzy, zszyłam. Z każdym dniem rosła we mnie coraz większa nienawiść. Nie wiedziałam, co mogę z tym zrobić. Mimo intensywnego myślenia i chęci, nic mi się nie udało, aż do pewnego wieczoru, podczas którego, zdałam sobie sprawę, że mam jeszcze jedno wyjście. Trudne do zrealizowania, trudne dla mnie, lecz jedyne, które pozwoli mi dokonać zemsty.
Wstałam tego poranka bardzo wcześnie i zanim się obejrzałam, byłam w drodze do szkoły. Nie wzięłam nic, prócz telefonu i portfela. Dom zostawiłam w idealnym porządku, napisałam list do pani Rautew, aby przyszła nas 'odwiedzić'. Ostatni raz rzuciłam spojrzenie na miejsce, w którym się wychowałam i dorastałam. Miejsce, w którym przeżyłam swe największe smutki i radości. Miejsce, które na zawsze pozostanie w moim sercu. Ostatni raz. Już na zawsze.
Sprawdziłam godzinę. 7:33. Za dokładnie 2 minuty Jason wejdzie do szkoły i podejdzie do swojej szafki, czyli tutaj. Jeszcze raz poprawiłam ubranie, koka, spojrzałam w lustro. Podniosłam wzrok, gdy chłopak przekroczył próg szkoły. Rozejrzał się z nadzieją po korytarzu i nasze oczy się spotkały. Gdy mnie ujrzał ruszył w moim kierunku, a ja nie pozostałam mu dłużna. Szliśmy, a ludzie ustępowali nam z drogi.Widziałam, jak jego usta układają się w "cześć", którego nie zdążył powiedzieć, ponieważ szybko złapałam go za kurtkę, pociągnęłam na ścianę i wypaliłam:
- Potrzebuję pomocy.
środa, 12 marca 2014
Liebster Award
"Nominacja
do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania
za 'dobrze wykonaną robotę'. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej
liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po
odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 10/11 pytań otrzymanych od
osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 10/11 osób
(informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 10/11 pytań. Nie wolno
nominować bloga, który Cię nominował."
Zostałam nominowana przez:
http://scenariuszebyreeb.blogspot.com/,
za co z całego serca dziękuję i wszystkich zapraszam do odwiedzania tego bloga!
Pytania:
Zostałam nominowana przez:
http://scenariuszebyreeb.blogspot.com/,
za co z całego serca dziękuję i wszystkich zapraszam do odwiedzania tego bloga!
Pytania:
1. Ile masz lat ?
2. Jakim zwierzęciem chciałbyś/chciałabyś być i dlaczego ?
3. Twój ulubiony przedmiot w szkole?
4. Ulubiony serial/film ?
5. Co lubisz robić w wolnym czasie ?
6. Ile już prowadzisz tego bloga ?
7. Ulubiony zespół muzyczny ?
8. Masz aska ? Podasz jeśli tak ? xd
Odpowiedzi:
1. 14, rocznikowo 15.
2. Kotem - niezależnym i zwinnym, który najlepiej oddaje moją osobowość. Delikatny, wymyka się, gdy czuje się w zamknięciu, robi to co chce i nie przejmuje się zasadami. Silny, słodki - niby przeciwne, ale świetnie się komponujące. Jak ja. No, mniej - więcej.
3. Biologia i WF.
4. Seriale: Dr. House, The Vampire Diaries, The Originals
Filmy: Piraci z Karaibów, Mission: Impossible, Dary Anioła, Matrix, Intruz, Duma i Uprzedzenie.
Filmy: Piraci z Karaibów, Mission: Impossible, Dary Anioła, Matrix, Intruz, Duma i Uprzedzenie.
5. Oczywiście pisać i tańczyć! Moje dwie największe pasje zawsze i wszędzie. A jeżeli nie, czytam lub po prostu oglądam filmy/seriale :)
6. 3-ci miesiąc, choć ostatnio miałam mały "zwis", za co OGROMNIE przepraszam Czytelników!!
7. Nie ma takiego. Ja nie słucham zespołów, piosenkarzy/ piosenkarek, albo gatunku, lecz muzyki. Słucham tego, co mi się podoba, nieważne, czy to jest 1D, czy Rihanna. Wiele osób myśli w taki sposób: "To jest piosenka np. Miley Cyrus, nie podoba mi się, ale zachwalam ją jak tylko mogę, bo ONA to śpiewa". Nie pochwalam takiego myślenia i chciałabym, aby wszyscy ludzie to zrozumieli w końcu.
8. Nie mam, ponieważ uważam, że jest bezsensownym serwisem, którego ludzie używają do żebrania o " lajki" chcąc stać się "fejmem". Fajnie jest czasem się pośmiać z niektórych odpowiedzi, zadać pytanie, ale na dłuższą metę mówię "Nie, dziękuję".
Nominuję:
-> http://ostatni-upadek.blogspot.com/
-> http://smiertelnamysl.blogspot.com/
Jeśli zdecyduję się nominować inne, dopiszę :)
Pytania:
1. Dlaczego prowadzisz bloga?
2. Ulubiona książka?
3. Jak wykorzystujesz czas wolny?
4. Twoje hobby?
5. Czy masz idola? Jeśli tak, dlaczego on/ona?
6. Ile masz lat, jakie masz plany na przyszłość?
7. Czy wiążesz swoją przyszłość z pisarstwem?
8. Za jakim rodzajem blogów nie przepadasz?
9. Gdybyś miała jedno życzenie, o co byś poprosiła?
10. Określ 'Siebie' kolorem.
Jeszcze raz, z całego serca, dziękuję za nominację i przepraszam za tak duże zaległości, które obiecuję nadrobić :)
środa, 19 lutego 2014
R8
Po cichu przeszłam przez próg pokoju. Rodzice wreszcie dali za wygraną i przestali męczyć mnie setkami pytań o największe bzdury. Czy ich naprawdę interesuje tylko i wyłącznie szkoła? A może czerpią przyjemność z mojego zdenerwowania? Podczas obiadu myślałam, że rzucę w matkę talerzem pełnym jakiejś wstrętnej sałatki. Kiedy tylko przerzucili swoje wieczne problemy na Alexa, mojego brata, wyślizgnęłam się z kuchni i schowałam w swoim pokoju. Zrobiłam sobie mini trening, co skutecznie ukoiło moje skołatane nerwy. Po raz pierwszy w życiu zostawiłam lekcje i poszłam pod prysznic zaraz po ćwiczeniach. Dwadzieścia minut pod ciepłym, głośnym strumieniem parującej wody uciszyło moje sumienie i myśli. Czysta i sucha rzuciłam się na łóżko, przelotnie zerkając na zegarek. 21? Nie kładłam się tak wcześnie odkąd skończyłam 11 lat! Musiałam powiedzieć Nickowi o mojej decyzji, póki byłam zdecydowana. Leżałam spokojnie na brzuchu, modląc się o sen. Nie wiem ile to trwało, ale niedługo później jednak byłam już w tamtym świecie. Nie bałam się. Ani świetlistej kuli, ani ogromnych drzwi. Teraz, wiedząc co mnie czeka, szybko dostałam się do gabinetu Nicka. Zapukałam, a potem od razu otworzyłam drzwi, nie zważając na brak pozwolenia.
- Cześć, Nick. - wzięłam głęboki oddech. - Podjęłam decyzję.
- Witaj. - odrzekł, niespiesznie podnosząc wzrok znad książki. - Domyśliłem się.
- Nie chcę być jedną z was. Nie potrafię - spuściłam wzrok. - Przepraszam.
Wybiegłam z pomieszczenia, zanim Nick zdążył odpowiedzieć. Czułam, jak oczy napełniają mi się łzami. Przecież nie znałam tych ludzi, co więcej, nie wierzyłam w to co mówią, a nawet nie byłam przekonana czy nie są oni wytworem mojej chorej wyobraźni. Dostrzegłam Jasona na końcu korytarza. Jego twarz, taka idealna, nie mogła nie być prawdziwa. Chłonęłam ostre rysy wzrokiem, chcąc zapamiętać je na zawsze.
- Żegnaj. - wyszeptałam.
Zaciskając wilgotne oczy i mówiąc nauczone zaklęcie, czy cokolwiek to było, przeszłam przez drzwi.
Następne dni stały się wyuczoną, martwą rutyną. Nie robiłam nic, poza słuchaniem muzyki i włóczeniem się - z obowiązku - do szkoły. Znajomi odsuwali się ode mnie. Nauczyciele nie rozmawiali i nie pytali na lekcjach. Psycholog szkolny omijał szerokim łukiem. Rodzina nawet nie zauważyła zmiany w moim zachowaniu. Jedyną osobą, która trwała przy mnie była Evelyn. Cicha, milcząca jak ja, siedziała przy mnie cały czas, nie odchodziła porozmawiać z innymi. Była. I mimo wszystko mnie wspierała.
Każdego wieczoru powracałam myślami do Akademii. Czy pamiętają o mnie? Czy ich w ogóle obchodziłam? Pytania z każdym dniem męczyły mnie coraz bardziej. Co noc moja poduszka była mokra od łez. Tak, płakałam. Każdej cholernej nocy myślałam nad moim wyborem i nad tym jaką jestem idiotką. Głowa mi pękała, ból był nie do zniesienia, ale nie to było najgorsze. Ból fizyczny zdołałabym znieść, lecz ten, który mi dokuczał, ulokował się w sercu. Rozrywał je na malutkie kawałeczki, przypominając o Sarah i jej niewypowiedzianej ofercie przyjaźni, o delikatności i opiekuńczości Nicholasa oraz, mimo woli, Jasonie. Nie mogłam pozbyć się wspomnień. Nie potrafiłam, ale też nie chciałam. Cierpiałam.
Nawet przez chwilę nie pomyślałam o tym, że coś mogłoby się zmienić. Dlatego, gdy po kilku dniach, albo tygodniach, nie wiem, straciłam rachubę, w szkole pojawił się ON, nie uwierzyłam. Myślałam, że jakimś cudem znalazłam się TAM.
Normalnym rytmem dnia ruszyłam do szkoły. Weszłam, skierowałam się do szafki i już zamierzałam ją otworzyć, kiedy poczułam na sobie czyjeś spojrzenie. Instynktownie wiedziałam, że jest coś nie tak, bo każdy omijał mnie wzrokiem, lecz zanim pomyślałam, odwróciłam głowę. Właśnie wtedy Go ujrzałam. Stał, oparty o jedną z pustych szafek na końcu korytarza, emanujący niezbitą pewnością siebie. Miał na sobie znajome, przetarte na kolanach czarne jeansy, skórzaną kurtkę i ciemno-szary T-shirt.
- Cześć, Sophie.
Byłam pewna, że te słowa kierował do mnie. Nie wiedziałam, jak to usłyszałam, a przez chwilę, czy w ogóle słyszałam. Zawsze miałam możliwość zrzucenia winy na mój chory mózg. Każdy chyba już zauważył, że jest coś ze mną nie tak, bynajmniej ostatnio. Widząc te szare oczy, patrzące wyzywająco w moją stronę, te same, przez które nie mogłam spać, zmiękły mi nogi, a oczy zasnuła wszechogarniająca ciemność. Mrok otoczył mnie swoimi ramionami, zabrał w krainę zapomnienia...
Powoli wracała mi świadomość. Czułam pulsujący ból w skroniach, słyszałam jakieś przytłumione głosy, niczym rozstrojone radio i irytujące, miarowe plumkanie. Spróbowałam podnieść powieki, aby znaleźć źródło mojego rozdrażnienia, ale nic się nie wydarzyło. Wciąż widziałam czerń. Jeszcze raz zdobyłam się na wysiłek i spróbowałam poruszyć ręką, lecz to też nie dało skutku. Zalała mnie fala senności i po raz kolejny oddałam się w bezpieczne ramiona Morfeusza.
Drugie wybudzenie na szczęście dało efekt. Otworzyłam bardzo lekko oczy, by zaraz je zamknąć od ostrego światła. Usłyszałam krzyk brata.
- Mamo!!! Budzi się! Otworzyła oczy!
Usłyszałam szybkie, narastające kroki.
- Słonko, nic ci nie jest? Słyszysz mnie?
Niezauważalnie skinęłam głową. Znów podjęłam próbę otworzenia oczu, lecz ta znowu spełzła na niczym.
- Co się dzieje? - zapytał z niepokojem tata.
- Siiittttoooo... - Próbowałam powiedzieć "światło", ale tylko tyle wydostało się z mojego przesuszonego gardła.
- Co?
Jeszcze raz powiedziałam.
- Chyba chodzi o światło! Przecież tu jest strasznie jasno. - Bratu udało się rozgryźć mój bełkot i szybko wyłączył światło. Teraz jedynym, nikłym, jego źródłem stał się monitor obok mnie. Nareszcie mogłam spokojnie podnieść powieki.
- Cześć - wychrypiałam. - Co się stało? Gdzie jestem?
- Nie pamiętasz?
Pokręciłam ostrożnie głową.
- Zemdlałaś i uderzyłaś głową w róg otwartej szafki. Zemdlałaś, dopiero się obudziłaś - wyjaśnił mi łaskawie tata.
- A do tego masz dwa szwy! - wtrącił z entuzjazmem Alex.
- Aha. - Nie przejęłam się tym. Często moje wypadki kończyły się bliznami, to nie nowość.
Wspomnienia zaczęły napływać coraz większą falą. Jason. Szkoła. Ciemność.
- Pić - szepnęłam cicho.
Czułam, że nie mogę mówić, gardło piekło z każdym wdechem. Pielęgniarka, której wcześniej nie widziałam podała mi kubek. Gdy tylko poczułam wilgoć na spierzchniętych ustach, zaczęłam łapczywie pić. Opróżniłam naczynie do dna i poprosiłam o więcej. Łącznie wypiłam ze trzy albo cztery szklanki. Chwilę po tym ponownie zasnęłam.
Ze szpitala wypuścili mnie po dwóch dniach od wybudzenia, ale nieprzytomna byłam trzy. Był piątek, więc miałam cały weekend na przemyślenie sprawy. Przecież to niemożliwe. Jason? W mojej szkole? Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem było to, że wariuję.
Bałam się iść do szkoły. Bałam się tego, co mogę tam zobaczyć. Z gulą w gardle wyszłam z domu, a mój niepokój narastał z każdą chwilą. Niepewna tego, co może mnie spotkać, przekroczyłam próg budynku i skierowałam się do szafki. Nerwowo rozglądałam się na boki, ale nikogo szczególnego nie zobaczyłam. Odetchnęłam z ulgą. Na obecną chwilę, byłam bezpieczna. Wyjęłam książki i ruszyłam do sali 27 na angielski. Usiadłam w swojej ławce, pod oknem, trochę z tyłu. Jako jedna z trzech osób byłam sama w ławce. Odłożyłam książki, włożyłam słuchawki, zamknęłam oczy i pogrążyłam się w krainie marzeń. Układałam sobie w myślach solówkę, niedługo mój pierwszy konkurs. Po kilkunastu minutach ostry dźwięk dzwonka wybudził mnie i zaczęła się lekcja. Pani Openflow omawiała niedawne sprawdziany i sprawy bieżące, a mnie ani trochę to nie interesowało. Zapatrzyłam się na park za oknem. Dzieci biegały i rozrabiały, a matki ze szczęśliwymi uśmiechami rozmawiały obserwując swoje pociechy. Wszystko to wydawało się bardzo odległe od mojej samotni, krainy smutku, bólu i rozpaczy. Po raz kolejny coś przerwało moje przemyślenia, tym razem trzaśnięcie drzwi. Spojrzałam w tamtym kierunku i wtedy świat się zatrzymał. Byłam tylko ja i TE szare oczy. Ciszę przerwała anglistka.
- Witaj, Jasonie.
- Dzień dobry - odpowiedział z czarującym uśmiechem.
- Co jest powodem twojego spóźnienia?
- Musiałem odprowadzić siostrę do przedszkola.
Na twarzy Pani Openflow pojawił się pełen rozmarzenia uśmiech. Każdy w szkole wiedział, że kocha dzieci, więc to co zrobił Jason, było ciosem poniżej pasa. Pewnie zabijał bestie, demony czy co, kłamca.
- No dobrze, usiądź gdzieś.
Chłopak rozejrzał się po sali. Były trzy wolne miejsca, w tym obok mnie. Udałam, że coś piszę, aby nie musieć patrzeć na niego. Usłyszałam kroki. Podniosłam oczy i ujrzałam Jasona obok mnie.
- Mogę?
Moje serce stanęło.
- Tak.
Usiadł i przyłączył się do lekcji jak gdyby nigdy nic. Po kilku chwilach wrócił mi rozsądek. Sięgnęłam po notatnik i wyrwałam kartkę.
Co ty tu robisz?!
Chodzę do szkoły.
Ale dlaczego tutaj?
Bo ty tu jesteś. Musimy cię chronić, pamiętasz? A przy okazji chciałem wrócić do szkoły. - Pisząc to powstrzymywał śmiech.
Z czego się śmiejesz?!
Z ciebie. Z twojej reakcji.
Jesteś wredny.
Wtedy zauważyłam Panią Openflow kierującą się w naszym kierunku. Cicho szepnęłam "chowaj!" do Jasona i wcisnęłam mu karteczkę w rękę.
- Coś się dzieje?
- Nie, nic. A powinno? - odpowiedziałam.
Nauczycielka zmrużyła oczy i wróciła do swojego biurka. Odetchnęliśmy z ulgą. Anglistka znana była też ze swoich surowych kar. Powróciliśmy do omawiania dziewięciu kegów piekła, ale nie mogłam się skupić, bo mój współlokator wciąż chichotał.
Na przerwie na lunch, chłopak miał już grono wielbicielek. Gdy poszedł po jedzenie, zajęły mu stolik dookoła, stoliki obok, a na dodatek stały z nim w kolejce do bufetu przekrzykując siebie nawzajem radami co do posiłku. Widząc to chciało mi się śmiać, po raz pierwszy od wielu dni, więc znalazłam odosobnione miejsce ze świetnym widokiem na całą salę, a w szczególności na stół Jasona. Patrzyłam, jak chłopak wybiera sobie kanapkę z kurczakiem, dwie babeczki, colę, płaci i siada. Tłum adoratorek momentalnie zjawił się obok. Każda próbowała zwrócić na siebie uwagę, a Sekta Natalie - tak nazywamy najlepsze pseudoprzyjaciółki " Królowej Szkoły" Natalie, której ojciec jest sponsorem większości imprez w placówce - świeciła swoimi cyckami tuż przed jego twarzą. Przyglądając się im, ledwo powstrzymałam śmiech, a z oka poleciała mi pojedyncza łza. Chwilę potem podchwyciłam jego spojrzenie. Wyrażało komiczne cierpienie i błaganie o pomoc. Uśmiechnęłam się wrednie i powiedziałam bezgłośnie : " Nawet na to nie licz" po czym wyszłam ze stołówki. Poszłam do szafki po coś słodkiego i zadowolona rozsiadłam się na krześle w sali od chemii. Nagle zauważyłam małą babeczkę w rogu ławki.
Szkoda, że uciekłaś. Chciałem ją dać osobiście, ale nie miałem jak do ciebie podejść (mogłabyś zacząć współpracować). Jutro zajmij mi miejsce! Jason.
Zachichotałam. To było słodkie, ale dobrze mu tak. Spróbowałam prezentu i poczułam w ustach znajomą czekoladę z nadzieniem czereśniowym. Nie wiem skąd wiedział, że to mój ulubiony smak, może zgadywał, ale mimowolnie zarobił u mnie plusa.
- Cześć, Nick. - wzięłam głęboki oddech. - Podjęłam decyzję.
- Witaj. - odrzekł, niespiesznie podnosząc wzrok znad książki. - Domyśliłem się.
- Nie chcę być jedną z was. Nie potrafię - spuściłam wzrok. - Przepraszam.
Wybiegłam z pomieszczenia, zanim Nick zdążył odpowiedzieć. Czułam, jak oczy napełniają mi się łzami. Przecież nie znałam tych ludzi, co więcej, nie wierzyłam w to co mówią, a nawet nie byłam przekonana czy nie są oni wytworem mojej chorej wyobraźni. Dostrzegłam Jasona na końcu korytarza. Jego twarz, taka idealna, nie mogła nie być prawdziwa. Chłonęłam ostre rysy wzrokiem, chcąc zapamiętać je na zawsze.
- Żegnaj. - wyszeptałam.
Zaciskając wilgotne oczy i mówiąc nauczone zaklęcie, czy cokolwiek to było, przeszłam przez drzwi.
Następne dni stały się wyuczoną, martwą rutyną. Nie robiłam nic, poza słuchaniem muzyki i włóczeniem się - z obowiązku - do szkoły. Znajomi odsuwali się ode mnie. Nauczyciele nie rozmawiali i nie pytali na lekcjach. Psycholog szkolny omijał szerokim łukiem. Rodzina nawet nie zauważyła zmiany w moim zachowaniu. Jedyną osobą, która trwała przy mnie była Evelyn. Cicha, milcząca jak ja, siedziała przy mnie cały czas, nie odchodziła porozmawiać z innymi. Była. I mimo wszystko mnie wspierała.
Każdego wieczoru powracałam myślami do Akademii. Czy pamiętają o mnie? Czy ich w ogóle obchodziłam? Pytania z każdym dniem męczyły mnie coraz bardziej. Co noc moja poduszka była mokra od łez. Tak, płakałam. Każdej cholernej nocy myślałam nad moim wyborem i nad tym jaką jestem idiotką. Głowa mi pękała, ból był nie do zniesienia, ale nie to było najgorsze. Ból fizyczny zdołałabym znieść, lecz ten, który mi dokuczał, ulokował się w sercu. Rozrywał je na malutkie kawałeczki, przypominając o Sarah i jej niewypowiedzianej ofercie przyjaźni, o delikatności i opiekuńczości Nicholasa oraz, mimo woli, Jasonie. Nie mogłam pozbyć się wspomnień. Nie potrafiłam, ale też nie chciałam. Cierpiałam.
Nawet przez chwilę nie pomyślałam o tym, że coś mogłoby się zmienić. Dlatego, gdy po kilku dniach, albo tygodniach, nie wiem, straciłam rachubę, w szkole pojawił się ON, nie uwierzyłam. Myślałam, że jakimś cudem znalazłam się TAM.
Normalnym rytmem dnia ruszyłam do szkoły. Weszłam, skierowałam się do szafki i już zamierzałam ją otworzyć, kiedy poczułam na sobie czyjeś spojrzenie. Instynktownie wiedziałam, że jest coś nie tak, bo każdy omijał mnie wzrokiem, lecz zanim pomyślałam, odwróciłam głowę. Właśnie wtedy Go ujrzałam. Stał, oparty o jedną z pustych szafek na końcu korytarza, emanujący niezbitą pewnością siebie. Miał na sobie znajome, przetarte na kolanach czarne jeansy, skórzaną kurtkę i ciemno-szary T-shirt.
- Cześć, Sophie.
Byłam pewna, że te słowa kierował do mnie. Nie wiedziałam, jak to usłyszałam, a przez chwilę, czy w ogóle słyszałam. Zawsze miałam możliwość zrzucenia winy na mój chory mózg. Każdy chyba już zauważył, że jest coś ze mną nie tak, bynajmniej ostatnio. Widząc te szare oczy, patrzące wyzywająco w moją stronę, te same, przez które nie mogłam spać, zmiękły mi nogi, a oczy zasnuła wszechogarniająca ciemność. Mrok otoczył mnie swoimi ramionami, zabrał w krainę zapomnienia...
Powoli wracała mi świadomość. Czułam pulsujący ból w skroniach, słyszałam jakieś przytłumione głosy, niczym rozstrojone radio i irytujące, miarowe plumkanie. Spróbowałam podnieść powieki, aby znaleźć źródło mojego rozdrażnienia, ale nic się nie wydarzyło. Wciąż widziałam czerń. Jeszcze raz zdobyłam się na wysiłek i spróbowałam poruszyć ręką, lecz to też nie dało skutku. Zalała mnie fala senności i po raz kolejny oddałam się w bezpieczne ramiona Morfeusza.
Drugie wybudzenie na szczęście dało efekt. Otworzyłam bardzo lekko oczy, by zaraz je zamknąć od ostrego światła. Usłyszałam krzyk brata.
- Mamo!!! Budzi się! Otworzyła oczy!
Usłyszałam szybkie, narastające kroki.
- Słonko, nic ci nie jest? Słyszysz mnie?
Niezauważalnie skinęłam głową. Znów podjęłam próbę otworzenia oczu, lecz ta znowu spełzła na niczym.
- Co się dzieje? - zapytał z niepokojem tata.
- Siiittttoooo... - Próbowałam powiedzieć "światło", ale tylko tyle wydostało się z mojego przesuszonego gardła.
- Co?
Jeszcze raz powiedziałam.
- Chyba chodzi o światło! Przecież tu jest strasznie jasno. - Bratu udało się rozgryźć mój bełkot i szybko wyłączył światło. Teraz jedynym, nikłym, jego źródłem stał się monitor obok mnie. Nareszcie mogłam spokojnie podnieść powieki.
- Cześć - wychrypiałam. - Co się stało? Gdzie jestem?
- Nie pamiętasz?
Pokręciłam ostrożnie głową.
- Zemdlałaś i uderzyłaś głową w róg otwartej szafki. Zemdlałaś, dopiero się obudziłaś - wyjaśnił mi łaskawie tata.
- A do tego masz dwa szwy! - wtrącił z entuzjazmem Alex.
- Aha. - Nie przejęłam się tym. Często moje wypadki kończyły się bliznami, to nie nowość.
Wspomnienia zaczęły napływać coraz większą falą. Jason. Szkoła. Ciemność.
- Pić - szepnęłam cicho.
Czułam, że nie mogę mówić, gardło piekło z każdym wdechem. Pielęgniarka, której wcześniej nie widziałam podała mi kubek. Gdy tylko poczułam wilgoć na spierzchniętych ustach, zaczęłam łapczywie pić. Opróżniłam naczynie do dna i poprosiłam o więcej. Łącznie wypiłam ze trzy albo cztery szklanki. Chwilę po tym ponownie zasnęłam.
Ze szpitala wypuścili mnie po dwóch dniach od wybudzenia, ale nieprzytomna byłam trzy. Był piątek, więc miałam cały weekend na przemyślenie sprawy. Przecież to niemożliwe. Jason? W mojej szkole? Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem było to, że wariuję.
Bałam się iść do szkoły. Bałam się tego, co mogę tam zobaczyć. Z gulą w gardle wyszłam z domu, a mój niepokój narastał z każdą chwilą. Niepewna tego, co może mnie spotkać, przekroczyłam próg budynku i skierowałam się do szafki. Nerwowo rozglądałam się na boki, ale nikogo szczególnego nie zobaczyłam. Odetchnęłam z ulgą. Na obecną chwilę, byłam bezpieczna. Wyjęłam książki i ruszyłam do sali 27 na angielski. Usiadłam w swojej ławce, pod oknem, trochę z tyłu. Jako jedna z trzech osób byłam sama w ławce. Odłożyłam książki, włożyłam słuchawki, zamknęłam oczy i pogrążyłam się w krainie marzeń. Układałam sobie w myślach solówkę, niedługo mój pierwszy konkurs. Po kilkunastu minutach ostry dźwięk dzwonka wybudził mnie i zaczęła się lekcja. Pani Openflow omawiała niedawne sprawdziany i sprawy bieżące, a mnie ani trochę to nie interesowało. Zapatrzyłam się na park za oknem. Dzieci biegały i rozrabiały, a matki ze szczęśliwymi uśmiechami rozmawiały obserwując swoje pociechy. Wszystko to wydawało się bardzo odległe od mojej samotni, krainy smutku, bólu i rozpaczy. Po raz kolejny coś przerwało moje przemyślenia, tym razem trzaśnięcie drzwi. Spojrzałam w tamtym kierunku i wtedy świat się zatrzymał. Byłam tylko ja i TE szare oczy. Ciszę przerwała anglistka.
- Witaj, Jasonie.
- Dzień dobry - odpowiedział z czarującym uśmiechem.
- Co jest powodem twojego spóźnienia?
- Musiałem odprowadzić siostrę do przedszkola.
Na twarzy Pani Openflow pojawił się pełen rozmarzenia uśmiech. Każdy w szkole wiedział, że kocha dzieci, więc to co zrobił Jason, było ciosem poniżej pasa. Pewnie zabijał bestie, demony czy co, kłamca.
- No dobrze, usiądź gdzieś.
Chłopak rozejrzał się po sali. Były trzy wolne miejsca, w tym obok mnie. Udałam, że coś piszę, aby nie musieć patrzeć na niego. Usłyszałam kroki. Podniosłam oczy i ujrzałam Jasona obok mnie.
- Mogę?
Moje serce stanęło.
- Tak.
Usiadł i przyłączył się do lekcji jak gdyby nigdy nic. Po kilku chwilach wrócił mi rozsądek. Sięgnęłam po notatnik i wyrwałam kartkę.
Co ty tu robisz?!
Chodzę do szkoły.
Ale dlaczego tutaj?
Bo ty tu jesteś. Musimy cię chronić, pamiętasz? A przy okazji chciałem wrócić do szkoły. - Pisząc to powstrzymywał śmiech.
Z czego się śmiejesz?!
Z ciebie. Z twojej reakcji.
Jesteś wredny.
Wtedy zauważyłam Panią Openflow kierującą się w naszym kierunku. Cicho szepnęłam "chowaj!" do Jasona i wcisnęłam mu karteczkę w rękę.
- Coś się dzieje?
- Nie, nic. A powinno? - odpowiedziałam.
Nauczycielka zmrużyła oczy i wróciła do swojego biurka. Odetchnęliśmy z ulgą. Anglistka znana była też ze swoich surowych kar. Powróciliśmy do omawiania dziewięciu kegów piekła, ale nie mogłam się skupić, bo mój współlokator wciąż chichotał.
Na przerwie na lunch, chłopak miał już grono wielbicielek. Gdy poszedł po jedzenie, zajęły mu stolik dookoła, stoliki obok, a na dodatek stały z nim w kolejce do bufetu przekrzykując siebie nawzajem radami co do posiłku. Widząc to chciało mi się śmiać, po raz pierwszy od wielu dni, więc znalazłam odosobnione miejsce ze świetnym widokiem na całą salę, a w szczególności na stół Jasona. Patrzyłam, jak chłopak wybiera sobie kanapkę z kurczakiem, dwie babeczki, colę, płaci i siada. Tłum adoratorek momentalnie zjawił się obok. Każda próbowała zwrócić na siebie uwagę, a Sekta Natalie - tak nazywamy najlepsze pseudoprzyjaciółki " Królowej Szkoły" Natalie, której ojciec jest sponsorem większości imprez w placówce - świeciła swoimi cyckami tuż przed jego twarzą. Przyglądając się im, ledwo powstrzymałam śmiech, a z oka poleciała mi pojedyncza łza. Chwilę potem podchwyciłam jego spojrzenie. Wyrażało komiczne cierpienie i błaganie o pomoc. Uśmiechnęłam się wrednie i powiedziałam bezgłośnie : " Nawet na to nie licz" po czym wyszłam ze stołówki. Poszłam do szafki po coś słodkiego i zadowolona rozsiadłam się na krześle w sali od chemii. Nagle zauważyłam małą babeczkę w rogu ławki.
Szkoda, że uciekłaś. Chciałem ją dać osobiście, ale nie miałem jak do ciebie podejść (mogłabyś zacząć współpracować). Jutro zajmij mi miejsce! Jason.
Zachichotałam. To było słodkie, ale dobrze mu tak. Spróbowałam prezentu i poczułam w ustach znajomą czekoladę z nadzieniem czereśniowym. Nie wiem skąd wiedział, że to mój ulubiony smak, może zgadywał, ale mimowolnie zarobił u mnie plusa.
czwartek, 6 lutego 2014
R7
Otworzyłam oczy i usiadłam na łóżku. To był tylko sen. Sen. Sen. Do jasnej cholery, to był tylko pieprzony sen! Doskonale wiesz, że nie - szeptał cicho jakiś głosik w mojej głowie. No jak to nie, jak tak! Dziewczyno ogarnij się. Chyba runa na twoim nadgarstku mówi sama za siebie. Co? Spojrzałam na w dół. Czarny znak odcinał się od jasnej skóry mojej ręki. Nadal nie wierzysz, złotko? To wszystko: Nick, Jason, Łowcy, Sarah i reszta... jest realne. Na wyciągniecie ręki. Jedno twoje 'tak', a staną się oni nieodłączną częścią ciebie. Jedyne co będziesz musiała poświęcić, to normalne życie, którego i tak nie lubisz. Ograniczyć kontakty z rodzicami i kolegami, a na szkole ci nie zależy. Masz 18 lat, jesteś dorosła, masz prawo jazdy, wykształcenie na odpowiednim poziomie. Przecież napisałaś już egzamin końcowy na 98%. Odrobina Łowczej hipnozy i ci zaliczą, nie będziesz musiała zdawać ostatniej klasy! Zaczniesz nowe życie. Czyż nie tego pragniesz? Przygody, trochę adrenaliny, spontaniczności, a nie poukładanego aż do porzygu każdego dnia! NIE! Nie, nie, nie , nie! Zaczęłam szarpać włosy w nadziei, że ból zagłuszy ten irytujący głosik.
- Wyjdź z mojej głowy! - krzyczałam - To moja decyzja, zostaw mnie w spokoju!
Podczas gdy ja szalałam, do mojego pokoju wpadli rodzice.
- Sophie, co jest?
Wtedy ich zauważyłam. Niedobrze. Bardzo źle.
- Ni- ni-nic. Zły sen i tyle. Możecie wyjść? Byłabym dozgonnie wdzięczna.
- Dobrze. Gdyby coś, jesteśmy w jadalni. Gdybyś chciała pogadać...czy cokolwiek.
- Okej.
No jasne. Uwaga, bo jeszcze przyjdę. Uwaga, bo was coś to interesuje. W głębi serca macie nadzieję, że nie przyjdę i dam wam święty spokój. Srajcie się. Powoli wstałam i podeszłam do toaletki. Przejrzałam się w lustrze. Z odbicia spoglądała na mnie inna osoba. Miała podpuchnięte oczy, roztrzepane włosy, ręce się jej trzęsły. To na pewno nie byłam ja. Ja, Sophie. Poukładana, zawsze ze świeżym makijażem, w idealnie skrojonych i wyprasowanych ubraniach, mająca zawsze odrobioną pracę domową, będącą zawsze przygotowaną na sprawdzian i na każdą niespodziewaną okoliczność, a na dodatek zawsze wiedzącą co się wokół niej dzieje i jaką decyzję powinna podjąć. To nie mogłam być ja. Po prostu nie mogłam.
Mam jeden dzień na wybranie jakie życie chcę dalej wieść. Czy zostać tutaj i nadal być wzorową obywatelką, czy może stać się niebezpieczną, pełną niespodzianek Łowczynią? Status rozwiązania problemu: nadal nie wiem.
Szybko się ubrałam i zbiegłam ze schodów. W locie złapałam kanapkę i wyszłam z domu. Do szkoły wybrałam okrężną drogę, miałam jeszcze bardzo dużo czasu do lekcji i jeszcze więcej spraw do przemyślenia. Szłam wolno, pogrążona w myślach. Ludzie na chodniku omijali mnie, widząc moją ' nieobecność'. Po pewnym czasie stanęłam przed drzwiami budynku. Musisz tam wejść, Soph - powiedziałam sobie. Nic już nie będzie takie samo, przynajmniej dzisiaj, aż do podjęcia decyzji. Szybkim krokiem wbiegłam po schodach i przeszłam przez drzwi. Skierowałam się w stronę mojej szafki. Gdy wyciągałam kluczyk, przede mną stanęła Evelyn.Przyjaźnimy się od lat, ale nie miałam ochoty z nią dzisiaj rozmawiać. Ani z nikim.
- Hej, co się dzieje z tobą? Czemu nie odbierasz telefonu?
Ups. Zapomniałam. Wyłączyłam go wczoraj i nie włączałam. Z resztą nie miałam takiego zamiaru.
- Rozładował się.
- To trzeba było naładować.
- Słuchaj, Ev, dzisiaj nie mam humoru, jasne?
- Aha. Okej. Jak ci się poprawi, to zadzwoń.
Pocałowała mnie w policzek i poszła. Za to ją kocham. Nie naciska na mnie, daje mi czas na ogarnięcie się.
Lekcje minęły rutynowo. Do nikogo się nie odzywałam, nikt nie odzywał się do mnie. Nie wiem jak innym, ale mnie to było na rękę. Dzięki temu, nie musiałam się tłumaczyć z dziwnego zachowania. Obserwowałam ludzi, moich przyjaciół, którzy mnie kochają, z którymi wiązałam plany. Nie mogłam zostawić ich tak po prostu, ot tak. Wróciłam do domu z mocnym postanowieniem odrzucenia propozycji zostania Łowczynią.
- Wyjdź z mojej głowy! - krzyczałam - To moja decyzja, zostaw mnie w spokoju!
Podczas gdy ja szalałam, do mojego pokoju wpadli rodzice.
- Sophie, co jest?
Wtedy ich zauważyłam. Niedobrze. Bardzo źle.
- Ni- ni-nic. Zły sen i tyle. Możecie wyjść? Byłabym dozgonnie wdzięczna.
- Dobrze. Gdyby coś, jesteśmy w jadalni. Gdybyś chciała pogadać...czy cokolwiek.
- Okej.
No jasne. Uwaga, bo jeszcze przyjdę. Uwaga, bo was coś to interesuje. W głębi serca macie nadzieję, że nie przyjdę i dam wam święty spokój. Srajcie się. Powoli wstałam i podeszłam do toaletki. Przejrzałam się w lustrze. Z odbicia spoglądała na mnie inna osoba. Miała podpuchnięte oczy, roztrzepane włosy, ręce się jej trzęsły. To na pewno nie byłam ja. Ja, Sophie. Poukładana, zawsze ze świeżym makijażem, w idealnie skrojonych i wyprasowanych ubraniach, mająca zawsze odrobioną pracę domową, będącą zawsze przygotowaną na sprawdzian i na każdą niespodziewaną okoliczność, a na dodatek zawsze wiedzącą co się wokół niej dzieje i jaką decyzję powinna podjąć. To nie mogłam być ja. Po prostu nie mogłam.
Mam jeden dzień na wybranie jakie życie chcę dalej wieść. Czy zostać tutaj i nadal być wzorową obywatelką, czy może stać się niebezpieczną, pełną niespodzianek Łowczynią? Status rozwiązania problemu: nadal nie wiem.
Szybko się ubrałam i zbiegłam ze schodów. W locie złapałam kanapkę i wyszłam z domu. Do szkoły wybrałam okrężną drogę, miałam jeszcze bardzo dużo czasu do lekcji i jeszcze więcej spraw do przemyślenia. Szłam wolno, pogrążona w myślach. Ludzie na chodniku omijali mnie, widząc moją ' nieobecność'. Po pewnym czasie stanęłam przed drzwiami budynku. Musisz tam wejść, Soph - powiedziałam sobie. Nic już nie będzie takie samo, przynajmniej dzisiaj, aż do podjęcia decyzji. Szybkim krokiem wbiegłam po schodach i przeszłam przez drzwi. Skierowałam się w stronę mojej szafki. Gdy wyciągałam kluczyk, przede mną stanęła Evelyn.Przyjaźnimy się od lat, ale nie miałam ochoty z nią dzisiaj rozmawiać. Ani z nikim.
- Hej, co się dzieje z tobą? Czemu nie odbierasz telefonu?
Ups. Zapomniałam. Wyłączyłam go wczoraj i nie włączałam. Z resztą nie miałam takiego zamiaru.
- Rozładował się.
- To trzeba było naładować.
- Słuchaj, Ev, dzisiaj nie mam humoru, jasne?
- Aha. Okej. Jak ci się poprawi, to zadzwoń.
Pocałowała mnie w policzek i poszła. Za to ją kocham. Nie naciska na mnie, daje mi czas na ogarnięcie się.
Lekcje minęły rutynowo. Do nikogo się nie odzywałam, nikt nie odzywał się do mnie. Nie wiem jak innym, ale mnie to było na rękę. Dzięki temu, nie musiałam się tłumaczyć z dziwnego zachowania. Obserwowałam ludzi, moich przyjaciół, którzy mnie kochają, z którymi wiązałam plany. Nie mogłam zostawić ich tak po prostu, ot tak. Wróciłam do domu z mocnym postanowieniem odrzucenia propozycji zostania Łowczynią.
środa, 5 lutego 2014
R6
CO?
- Jaka inicjacja?
- Normalna.
Zaraz go uduszę.
- Jak ona przebiega? - zapytałam przesłodzonym głosem.
- Tajemnica zawodowa! - zaśmiał się - Wracamy?
- Okej.
Przeszliśmy jeszcze kawałek i znów znaleźliśmy się przed drzwiami gabinetu Nicka.
- Gotowa?
- To na milion procent nie jest sen?
- Nie.
- To chyba jestem.
Chłopak pchnął drzwi i mnie przepuścił. Pięć par oczu skierowało się w naszą stronę.
- Eee... cześć.
- Witaj z powrotem. Ochłonęłaś już trochę? - zapytał nieśmiało Ryan - Nikt nie chciał cię przerazić...
- Spokojnie, jest OK - uśmiechnęłam się.
- Sophie - zaczął Nick - musisz podjąć decyzję. Albo zostajesz Łowczynią, albo wracasz do normalnego życia. Oczywiście będziemy cię chronić.
- Chwila, moment, co? Jak to chronić?
- Gdy tylko jakaś osoba wykazuje cechy charakterystyczne dla Łowców, ma potencjał, jedno z nas zawsze trzyma wartę, mającą na celu chronić ją przed demonami.
- Demony są w Podziemiach, sam tak mówiłeś...
- Nie wspomniałem, że na powierzchni też?
- Nie! - pisnęłam cichutko.
- Demony występują również na Ziemi. Przybierają postacie zwykłych ludzi, rzadziej zwierząt, i polują.
Nagle coś mnie tknęło.
- Czy ciocia Emily....?
- Tak.
Zanurzyłam się głębiej w kanapie. Moja ciocia okazuje się demonem, który chciał mnie zabić. To chyba jakiś żart.
- Soph... musisz podjąć decyzję.
- Teraz? Czy mogłabym dać ją... na przykład jutro? - zapytałam z nadzieją.
- Tak.
- Dziękuję - odetchnęłam z ulgą - Kiedy wracam?
- A kiedy chcesz? - zabrał głos Jason.
- Jak najszybciej - szepnęłam.
- Dobrze. Sarah...?
- Jasne.
Brunetka szybko podniosła się z fotela. Podeszła do drzwi i wyszłyśmy na korytarz.
- Jak to jest...być Łowczynią?
Nie mogłam już powstrzymać tego pytania.
- Fajnie. Te wszystkie dodatkowe moce plus to czego się uczymy... cool.
- Czyli strach jest nie na miejscu? - zachichotałam.
- Stanowczo nie! - zawtórowała mi.
Szłyśmy tak, plotkując, żartując i opowiadając o sobie. Doszłam do wniosku, że wraz z Sarah jesteśmy do siebie bardzo podobne, a pomimo tego różne.
- A chłopcy? Jacy są? - zapytałam.
- Hm... Mark to komputerowiec, ale nie daj się zwieść. Jest mistrzem tajnych planów i akcji. Ryan za to doskonale wtapia się w tło, udaje inne osoby i ogłusza. To lubi najbardziej! - znów śmiech - A Jason.... on jest inny. Tajemniczy. Nikt z nas do końca nie potrafi go rozpracować, ale wszyscy go kochają. No i jest najlepszy w walce. Żadne z nas nigdy go nie pokonało, nawet Nick. Na dodatek jest bystry jak cholera, czego chorobliwie zazdrości mu Mark, który opiera się jedynie na planach i dowodach podstawionych pod nos.
- A Mandy? Czy ona zawsze jest taka chłodna?
- Nie, tylko dla nieznajomych. Onieśmiela urodą, fakt, ale to cudowna przyjaciółka.
- Ufff... już się bałam - teatralnym gestem otarłam czoło.
Akurat stanęłyśmy przed drzwiami.
- Sarah... co się dzieje z ciałem, gdy ja znajduję się tutaj?!
- Przed inicjacją zostaje ono na Ziemi, ale po, przenosi się tutaj wraz z przejściem przez pokój.
- Tak po prostu?
- No tak - wzruszyła ramionami - Nikt ze Śmiertelnych tego nie zauważa, bo inicjacja wpływa na wspomnienia i myślenie osób, które cię znają. Nie będzie ich obchodzić to, że znikasz.
- Jak to?
- W sensie, wiesz. Nie będzie ich to dziwić, zajmą się sobą. Wyślesz im telepatycznie jakąś historyjkę, którą będą opowiadać dookoła i tyle.
- Aha.
- Dobra, czas iść.
- Jak mam się stąd wydostać?
Sarah wyciągnęła z botka jakieś coś wyglądające jak długa igło - różdżka.
- Wyciągnij rękę.
Zrobiłam co mi kazano. Dziewczyna przyłożyła mi przedmiot do nadgarstka i coś narysowała.
- Trzymaj. Teraz musisz zrobić taki ruch rękoma - zaprezentowała - i powiedzieć kalizjah.
- Okej. Chyba kapuję.
- To do jutra!
- Cześć.
Odwróciłam się w stronę drzwi, wykonałam polecenia Sarah i wróciłam do swojego świata. Ale czy na pewno to mój świat?
- Jaka inicjacja?
- Normalna.
Zaraz go uduszę.
- Jak ona przebiega? - zapytałam przesłodzonym głosem.
- Tajemnica zawodowa! - zaśmiał się - Wracamy?
- Okej.
Przeszliśmy jeszcze kawałek i znów znaleźliśmy się przed drzwiami gabinetu Nicka.
- Gotowa?
- To na milion procent nie jest sen?
- Nie.
- To chyba jestem.
Chłopak pchnął drzwi i mnie przepuścił. Pięć par oczu skierowało się w naszą stronę.
- Eee... cześć.
- Witaj z powrotem. Ochłonęłaś już trochę? - zapytał nieśmiało Ryan - Nikt nie chciał cię przerazić...
- Spokojnie, jest OK - uśmiechnęłam się.
- Sophie - zaczął Nick - musisz podjąć decyzję. Albo zostajesz Łowczynią, albo wracasz do normalnego życia. Oczywiście będziemy cię chronić.
- Chwila, moment, co? Jak to chronić?
- Gdy tylko jakaś osoba wykazuje cechy charakterystyczne dla Łowców, ma potencjał, jedno z nas zawsze trzyma wartę, mającą na celu chronić ją przed demonami.
- Demony są w Podziemiach, sam tak mówiłeś...
- Nie wspomniałem, że na powierzchni też?
- Nie! - pisnęłam cichutko.
- Demony występują również na Ziemi. Przybierają postacie zwykłych ludzi, rzadziej zwierząt, i polują.
Nagle coś mnie tknęło.
- Czy ciocia Emily....?
- Tak.
Zanurzyłam się głębiej w kanapie. Moja ciocia okazuje się demonem, który chciał mnie zabić. To chyba jakiś żart.
- Soph... musisz podjąć decyzję.
- Teraz? Czy mogłabym dać ją... na przykład jutro? - zapytałam z nadzieją.
- Tak.
- Dziękuję - odetchnęłam z ulgą - Kiedy wracam?
- A kiedy chcesz? - zabrał głos Jason.
- Jak najszybciej - szepnęłam.
- Dobrze. Sarah...?
- Jasne.
Brunetka szybko podniosła się z fotela. Podeszła do drzwi i wyszłyśmy na korytarz.
- Jak to jest...być Łowczynią?
Nie mogłam już powstrzymać tego pytania.
- Fajnie. Te wszystkie dodatkowe moce plus to czego się uczymy... cool.
- Czyli strach jest nie na miejscu? - zachichotałam.
- Stanowczo nie! - zawtórowała mi.
Szłyśmy tak, plotkując, żartując i opowiadając o sobie. Doszłam do wniosku, że wraz z Sarah jesteśmy do siebie bardzo podobne, a pomimo tego różne.
- A chłopcy? Jacy są? - zapytałam.
- Hm... Mark to komputerowiec, ale nie daj się zwieść. Jest mistrzem tajnych planów i akcji. Ryan za to doskonale wtapia się w tło, udaje inne osoby i ogłusza. To lubi najbardziej! - znów śmiech - A Jason.... on jest inny. Tajemniczy. Nikt z nas do końca nie potrafi go rozpracować, ale wszyscy go kochają. No i jest najlepszy w walce. Żadne z nas nigdy go nie pokonało, nawet Nick. Na dodatek jest bystry jak cholera, czego chorobliwie zazdrości mu Mark, który opiera się jedynie na planach i dowodach podstawionych pod nos.
- A Mandy? Czy ona zawsze jest taka chłodna?
- Nie, tylko dla nieznajomych. Onieśmiela urodą, fakt, ale to cudowna przyjaciółka.
- Ufff... już się bałam - teatralnym gestem otarłam czoło.
Akurat stanęłyśmy przed drzwiami.
- Sarah... co się dzieje z ciałem, gdy ja znajduję się tutaj?!
- Przed inicjacją zostaje ono na Ziemi, ale po, przenosi się tutaj wraz z przejściem przez pokój.
- Tak po prostu?
- No tak - wzruszyła ramionami - Nikt ze Śmiertelnych tego nie zauważa, bo inicjacja wpływa na wspomnienia i myślenie osób, które cię znają. Nie będzie ich obchodzić to, że znikasz.
- Jak to?
- W sensie, wiesz. Nie będzie ich to dziwić, zajmą się sobą. Wyślesz im telepatycznie jakąś historyjkę, którą będą opowiadać dookoła i tyle.
- Aha.
- Dobra, czas iść.
- Jak mam się stąd wydostać?
Sarah wyciągnęła z botka jakieś coś wyglądające jak długa igło - różdżka.
- Wyciągnij rękę.
Zrobiłam co mi kazano. Dziewczyna przyłożyła mi przedmiot do nadgarstka i coś narysowała.
- Trzymaj. Teraz musisz zrobić taki ruch rękoma - zaprezentowała - i powiedzieć kalizjah.
- Okej. Chyba kapuję.
- To do jutra!
- Cześć.
Odwróciłam się w stronę drzwi, wykonałam polecenia Sarah i wróciłam do swojego świata. Ale czy na pewno to mój świat?
poniedziałek, 3 lutego 2014
R5
- Chwila, moment. Czy dobrze zrozumiałam? Uważacie mnie za jakąś super Łowczynię bestii, która ma jakieś super zdolności i w jakiś super sposób ma uratować wasz cholerny świat? Hahahaha, dobre sobie. Żegnam państwa, nie chcę uczestniczyć w tym szalonym zebraniu cyrkowców.
- Sophie!
- Nie dam robić z siebie idiotki! Nie ma takiego czegoś, magia nie istnieje, to wszystko jest cholernym snem!!! - Wybiegłam z gabinetu, nawet nie oglądając się za siebie.
Nie chciałam aby za mną szli. Bałam się tego, co mogłabym usłyszeć. Skręciłam ostatni raz w lewo i przysiadłam na posadzce. Nie wiedziałam gdzie jestem, miałam problem ze złapaniem oddechu. Schowałam głowę między kolana, a z moich ust nagle wydobył się histeryczny śmiech. Przecież to niemożliwe. Moi rodzice to zwykli ludzie, niby jak mieliby pochodzić z pradawnej rodziny Łowców? Mama dentystka, tata wykładowca biologii na uniwersytecie. Nic nadprzyrodzonego. Nic nienormalnego. Nic niepokojącego, wskazującego na ową "inność". Nie usłyszałam kroków nadchodzącego Jasona. Chłopak przykucnął naprzeciw mnie i podniósł twarz tak, abym go widziała, a on mnie. Otarł łzę spływającą po moim policzku, która nie miała prawa się pojawić.
- Hej, mała, co jest?
- No nie wiem, pewnie nic. Wcale mi się świat nie wali. Nawet nie wiem czy mogę wam wierzyć. Przecież nie ma takiego czegoś jak wampiry, demony, ani tym bardziej magia!
- Czyli uważasz, że jestem nieprawdziwy?
- Nie to nie tak... Widziałam cię tam, w kafejce.
- No właśnie, a teraz widzisz mnie tu. Czemu nie chcesz uwierzyć?
- Bo to niemożliwe!
- Spójrz.
Wyjął nóż i przyłożył sobie do zgięcia łokcia. W jednym momencie zrozumiałam, co chce zrobić.
- Nie! - szepnęłam.
- Czekaj...
Patrzyłam, jak rozcina sobie ramię. Krew kapała na posadzkę, a on nic sobie z tego nie robił. Sięgnął do kieszeni i wytarł chusteczką ramię. Nagle rana zaczęła się zasklepiać. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Po kilku sekundach z rozcięcia zostało tylko drobne zaczerwienienie.
- Nadal nie wierzysz?
- Jak....?
- Jesteśmy pół wampirami, pamiętasz?
- Och. Racja. Ale to przecież jest sen.
- Nie.
- Tak.
- Nie. Jak mam ci to udowodnić?
- Nie wiem.
Nastała cisza. Żadne z nas się nie odzywało.
- Chcesz się przejść? - szepnął Jason.
- Tak, chętnie.
Chłopak wstał i podał mi rękę. Ruszyliśmy korytarzem, a ja, nie mogąc powstrzymać pytań cisnących mi się na usta, zaczęłam rozmowę.
- Jakie.... moce mają Łowcy?
- Jesteśmy szybsi, silniejsi od innych, trudniej nas zranić, a nasze rany goją od razu. Widzimy w ciemnościach i jesteśmy artystami. Wiesz, piszemy, rysujemy i takie tam. Do tego umiemy hipnotyzować oraz mamy zdolności telepatyczne. No i do tego nieśmiertelność. Poza tym, zwykli z nas ludzie.- przerwał na chwilę - Nie zauważyłaś, że lubisz chodzić w nocy? Że prawie w ogóle nie chorujesz? Że jesteś najzwinniejsza w szkole, a z zajęć artystycznych oraz angielskiego masz najlepsze oceny? Nie wmówisz mi teraz, że nie.
- Sophie!
- Nie dam robić z siebie idiotki! Nie ma takiego czegoś, magia nie istnieje, to wszystko jest cholernym snem!!! - Wybiegłam z gabinetu, nawet nie oglądając się za siebie.
Nie chciałam aby za mną szli. Bałam się tego, co mogłabym usłyszeć. Skręciłam ostatni raz w lewo i przysiadłam na posadzce. Nie wiedziałam gdzie jestem, miałam problem ze złapaniem oddechu. Schowałam głowę między kolana, a z moich ust nagle wydobył się histeryczny śmiech. Przecież to niemożliwe. Moi rodzice to zwykli ludzie, niby jak mieliby pochodzić z pradawnej rodziny Łowców? Mama dentystka, tata wykładowca biologii na uniwersytecie. Nic nadprzyrodzonego. Nic nienormalnego. Nic niepokojącego, wskazującego na ową "inność". Nie usłyszałam kroków nadchodzącego Jasona. Chłopak przykucnął naprzeciw mnie i podniósł twarz tak, abym go widziała, a on mnie. Otarł łzę spływającą po moim policzku, która nie miała prawa się pojawić.
- Hej, mała, co jest?
- No nie wiem, pewnie nic. Wcale mi się świat nie wali. Nawet nie wiem czy mogę wam wierzyć. Przecież nie ma takiego czegoś jak wampiry, demony, ani tym bardziej magia!
- Czyli uważasz, że jestem nieprawdziwy?
- Nie to nie tak... Widziałam cię tam, w kafejce.
- No właśnie, a teraz widzisz mnie tu. Czemu nie chcesz uwierzyć?
- Bo to niemożliwe!
- Spójrz.
Wyjął nóż i przyłożył sobie do zgięcia łokcia. W jednym momencie zrozumiałam, co chce zrobić.
- Nie! - szepnęłam.
- Czekaj...
Patrzyłam, jak rozcina sobie ramię. Krew kapała na posadzkę, a on nic sobie z tego nie robił. Sięgnął do kieszeni i wytarł chusteczką ramię. Nagle rana zaczęła się zasklepiać. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Po kilku sekundach z rozcięcia zostało tylko drobne zaczerwienienie.
- Nadal nie wierzysz?
- Jak....?
- Jesteśmy pół wampirami, pamiętasz?
- Och. Racja. Ale to przecież jest sen.
- Nie.
- Tak.
- Nie. Jak mam ci to udowodnić?
- Nie wiem.
Nastała cisza. Żadne z nas się nie odzywało.
- Chcesz się przejść? - szepnął Jason.
- Tak, chętnie.
Chłopak wstał i podał mi rękę. Ruszyliśmy korytarzem, a ja, nie mogąc powstrzymać pytań cisnących mi się na usta, zaczęłam rozmowę.
- Jakie.... moce mają Łowcy?
- Jesteśmy szybsi, silniejsi od innych, trudniej nas zranić, a nasze rany goją od razu. Widzimy w ciemnościach i jesteśmy artystami. Wiesz, piszemy, rysujemy i takie tam. Do tego umiemy hipnotyzować oraz mamy zdolności telepatyczne. No i do tego nieśmiertelność. Poza tym, zwykli z nas ludzie.- przerwał na chwilę - Nie zauważyłaś, że lubisz chodzić w nocy? Że prawie w ogóle nie chorujesz? Że jesteś najzwinniejsza w szkole, a z zajęć artystycznych oraz angielskiego masz najlepsze oceny? Nie wmówisz mi teraz, że nie.
Zamurowało mnie. Miał rację we wszystkim.
- Widzę, że właśnie uświadamiasz sobie prawdę, czyż nie? - zapytał ze złośliwym uśmieszkiem.
Miałam ochotę mu przywalić w tą uśmiechniętą twarz. Mój świat się wali, a on śmieje!
- Spadaj. - Tylko na tyle było mnie stać.
- Nigdy.
- Czy... to prawda? Jestem jedną z was?
- Tak. Nie. To skomplikowane. Jak się tu dostałaś?
- Normalnie. Poszłam spać i nagle byłam w jakimś ciemnym Pokoju, jak to nazwaliście, i kula światła weszła we mnie.
- Weszła w ciebie?
- No tak, chyba wiesz o co chodzi. Znalazłam się przed drzwiami do Akademii, przesunęłam ręką po tych znaczkach...
- No tak, chyba wiesz o co chodzi. Znalazłam się przed drzwiami do Akademii, przesunęłam ręką po tych znaczkach...
- Runach.
- .... i weszłam. Znalazłeś mnie i koniec historii.
- Ciekawie. Nikt nie umie wejść sam do Akademii, chyba że jest Łowcą.
- Przed chwilą mówiłeś, że jestem.
- Nie do końca. Musisz przejść inicjację, o ile chcesz zostać jedną z nas.
piątek, 31 stycznia 2014
R4
Usiadłam na środku ogromnej, czerwonej kanapy, stanowiącej centrum pokoju. Niespokojnie spoglądałam na drzwi, popijając co rusz mój sok. Nagle do pomieszczenia zaczęły wchodzić 2 dziewczyny, 2 chłopaków i na końcu Jason. Usiedli na fotelach ustawionych dookoła,a żadne z nich nie zaszczyciło mnie ani jednym spojrzeniem.
- Witajcie. Przepraszam was, za wyrwanie z zajęć, ale to nagła sytuacja. - odezwał się jako pierwszy mężczyzna. - Każdy z nas zna treść przepowiedni. Nikt nie wiedział kiedy się spełni....
- Nadal nie wie. - prychnęła wysoka blondynka.
- ... aż do dzisiaj.
- Co?! - odezwała się równo przybyła czwórka.
- To co słyszycie. Widzicie ją? - wskazał na mnie - Ona jest Naznaczona.
- Niemożliwe! - krzyknął chudzielec w okularach.
Chłopak podbiegł do mnie i przejechał palcem po karku. Na chwilę znieruchomiał, a następnie sztywnym krokiem wrócił na fotel.
- Nadal nie wierzysz? - rzucił z ironią Jason, ale wszyscy go zignorowali.
- To prawda. Jak?!
- Do tego zmierzam. Zacznijmy od początku.
Mężczyzna usiadł obok mnie i się uśmiechnął.
- Jestem Nicholas Tramp, mów mi Nick.
- Sophie Rosen.
- Jestem prawie pewny, że nie rozumiesz, co się tu dzieje, mam rację?
Zachichotałam.
- Głupie pytanie.
- Najpierw cię przedstawię. Sophie to są: Sarah, Mandy, Mark oraz Ryan.
Mandy była wysoką blondynką, która wcześniej przerwała Nickowi. Za to Sarah była średniego wzrostu brunetką o ogromnych oczach. Chłopcy sprawiali wrażenie wysokich jak tyczki, ale Mark miał tajemniczy błysk w oku i wyglądał na bardziej cherlawego.
- Ekipa, poznajcie Sophie. - odwrócił się - Kochanie, świat, w którym dotychczas żyłaś, jest inny niż ci się wydaje. Czy wiesz, gdzie teraz jesteś?
Gorliwie pokręciłam głową.
- Przecież poszłam spać....
- Widzisz? Zaskakujące, czyż nie? Tu, gdzie jesteś, nie każdy potrafi się dostać. To miejsce to świat przyległy. To tutaj rodzą się prawdziwe demony, tutaj przemieniają ludzi w Bestie. Oprócz tego, w podziemiach, znajduje się Królestwo. Panuje tam wieczna ciemność, a bram zamku chronią antypydy.
- Co to anty - coś tam?
- Antypydy. Pół smoki, pół ludzie. Bardzo niemiłe stworzenia, z którymi nie chciałabyś się spotkać w żadnym życiu. - odpowiedziała mi Mandy.
- Kontynuując, jesteśmy w miejscu nazywanym Akademią. Nikt nie wie dlaczego akurat tak, ale nikt tego nie kwestionuje. Tutaj mieszkają i szkolą się Łowcy. Są oni pół wampirami, pół ludźmi, którzy walczą z demonami podziemi. Aby stać się jednym z nas - pokazał ręką zgromadzonych - musisz mieć w rodzinie kogoś jak my. Jakiegoś Łowcę.
- I kogoś takiego mam?
- Nie przerywaj, wszystko w swoim czasie. W to miejsce można się dostać w jeden sposób. Jeżeli masz predyspozycje, w czasie snu trafiasz do tak zwanego Pokoju, z którego odbiera cię Łowca, o ile zauważy, że warto. Zabiera tutaj, gdzie jesteś szkolona i jeśli chcesz, dołączasz do nas - jeśli nie, wymazujemy ci wspomnienia i wracasz do normalnego życia.
- W takim razie jak tu trafiłam?
- Istnieje pewna przepowiednia mówiąca o osobie, która wypowie wojnę podziemiom i zajmie tam tron. Poza tym sama potrafi przejść przez Pokój, ale rozpoznać ją możemy po znamieniu na karku. Na dodatek sama potrafi przeczytać runy, bez nauki, choć nawet najlepsi z Łowców mają z tym niekiedy problem. Dokładnie jak....
- .... ja. - dokończyłam.
- Tak.
- Witajcie. Przepraszam was, za wyrwanie z zajęć, ale to nagła sytuacja. - odezwał się jako pierwszy mężczyzna. - Każdy z nas zna treść przepowiedni. Nikt nie wiedział kiedy się spełni....
- Nadal nie wie. - prychnęła wysoka blondynka.
- ... aż do dzisiaj.
- Co?! - odezwała się równo przybyła czwórka.
- To co słyszycie. Widzicie ją? - wskazał na mnie - Ona jest Naznaczona.
- Niemożliwe! - krzyknął chudzielec w okularach.
Chłopak podbiegł do mnie i przejechał palcem po karku. Na chwilę znieruchomiał, a następnie sztywnym krokiem wrócił na fotel.
- Nadal nie wierzysz? - rzucił z ironią Jason, ale wszyscy go zignorowali.
- To prawda. Jak?!
- Do tego zmierzam. Zacznijmy od początku.
Mężczyzna usiadł obok mnie i się uśmiechnął.
- Jestem Nicholas Tramp, mów mi Nick.
- Sophie Rosen.
- Jestem prawie pewny, że nie rozumiesz, co się tu dzieje, mam rację?
Zachichotałam.
- Głupie pytanie.
- Najpierw cię przedstawię. Sophie to są: Sarah, Mandy, Mark oraz Ryan.
Mandy była wysoką blondynką, która wcześniej przerwała Nickowi. Za to Sarah była średniego wzrostu brunetką o ogromnych oczach. Chłopcy sprawiali wrażenie wysokich jak tyczki, ale Mark miał tajemniczy błysk w oku i wyglądał na bardziej cherlawego.
- Ekipa, poznajcie Sophie. - odwrócił się - Kochanie, świat, w którym dotychczas żyłaś, jest inny niż ci się wydaje. Czy wiesz, gdzie teraz jesteś?
Gorliwie pokręciłam głową.
- Przecież poszłam spać....
- Widzisz? Zaskakujące, czyż nie? Tu, gdzie jesteś, nie każdy potrafi się dostać. To miejsce to świat przyległy. To tutaj rodzą się prawdziwe demony, tutaj przemieniają ludzi w Bestie. Oprócz tego, w podziemiach, znajduje się Królestwo. Panuje tam wieczna ciemność, a bram zamku chronią antypydy.
- Co to anty - coś tam?
- Antypydy. Pół smoki, pół ludzie. Bardzo niemiłe stworzenia, z którymi nie chciałabyś się spotkać w żadnym życiu. - odpowiedziała mi Mandy.
- Kontynuując, jesteśmy w miejscu nazywanym Akademią. Nikt nie wie dlaczego akurat tak, ale nikt tego nie kwestionuje. Tutaj mieszkają i szkolą się Łowcy. Są oni pół wampirami, pół ludźmi, którzy walczą z demonami podziemi. Aby stać się jednym z nas - pokazał ręką zgromadzonych - musisz mieć w rodzinie kogoś jak my. Jakiegoś Łowcę.
- I kogoś takiego mam?
- Nie przerywaj, wszystko w swoim czasie. W to miejsce można się dostać w jeden sposób. Jeżeli masz predyspozycje, w czasie snu trafiasz do tak zwanego Pokoju, z którego odbiera cię Łowca, o ile zauważy, że warto. Zabiera tutaj, gdzie jesteś szkolona i jeśli chcesz, dołączasz do nas - jeśli nie, wymazujemy ci wspomnienia i wracasz do normalnego życia.
- W takim razie jak tu trafiłam?
- Istnieje pewna przepowiednia mówiąca o osobie, która wypowie wojnę podziemiom i zajmie tam tron. Poza tym sama potrafi przejść przez Pokój, ale rozpoznać ją możemy po znamieniu na karku. Na dodatek sama potrafi przeczytać runy, bez nauki, choć nawet najlepsi z Łowców mają z tym niekiedy problem. Dokładnie jak....
- .... ja. - dokończyłam.
- Tak.
czwartek, 30 stycznia 2014
R3
- A jednak- szepnął chłopak. - Przepowiednia się sprawdziła.
- Przepraszam, czy mógłbyś odsunąć ten nóż z mojej szyi? Jeśli nie widzisz, trochę mi rozciąłeś skórę.
- Jasne - burknął pod nosem i zrobił krok w tył.
- Dziękuję- powiedziałam z przekąsem- A teraz mógłbyś mi wyjaśnić o ci chodzi?
- Tak.
- Więc....?
- Powiedziałem, że mógłbym, a nie że to zrobię- uśmiechnął się.
W tej chwili miałam ochotę strzelić go po głowie.
- A zdejmiesz chociaż kaptur? Głupio mi mówić do samych oczu.
Chłopak zachichotał, ale zdjął płaszcz i rzucił na kanapę. Gdy się odwrócił, zabrakło mi tchu. Lekko przydługie, ciemnoblond włosy opadały niedbale na oczy. Na szczupłej twarzy z wysoko zarysowanymi kościami policzkowymi i idealnie wykrojonymi ustami widniała ukośna blizna. O dziwno, nie szpeciła, lecz dodawała uroku. Na dodatek był wysoki i umięśniony, na pewno dużo trenuje, pomyślałam i przeniosłam wzrok z powrotem na oczy. Chłopak intensywnie się we mnie wpatrywał.
- Jak masz na imię? - zapytałam.
- Jason. A ty?
- Sophie.
Zapadła cisza. Usiadłam na kanapie, podciągnęłam nogi i wpatrywałam się w ogień.
- Chcesz coś do picia?
- Chętnie.
- Sok, woda, herbata, kawa...?
- Sok.
Jason wszedł po schodach i zniknął za zakrętem. Położyłam głowę na oparciu i zamknęłam oczy. Nie spałam. Po prostu myślałam o tym wszystkim. Gdzie ja jestem? Co ja tu robię? O co chodziło Jasonowi z tą przepowiednią? Jason. Kim on jest? I co tu robi? Milion myśli przechodziło mi przez głowę. Nagle poczułam czyjeś ciepłe palce na policzku. Lekko otworzyłam oczy i przed oczami zobaczyłam chłopaka. Zmieszany, natychmiast odskoczył ode mnie.
- Proszę - podał mi wysoką szklankę. - A teraz chodź.
Nie wiem czemu, miałam wrażenie, że jest na coś wściekły.
- Oczywiście, jaśnie panie.
Teraz to mnie zdenerwował. Zna mnie od 4 minut i już coś mu nie pasuje. Nie kolego, nie ze mną te numery.
Przeszliśmy korytarzem w prawo, w lewo i przez 2 drzwi na prawo. Znaleźliśmy się w przestronnym gabinecie. Przy biurku siedział mężczyzna w garniturze i uważnie studiował jakieś papiery. Gdy Jason zamknął drzwi, wstał i podszedł do nas.
- To ona? - zwrócił się do chłopaka.
- Chyba. Mam nadzieję.
- Czy mógłabyś się odwrócić? - zapytał.
Bez słowa odwróciłam się. Mężczyzna odgarnął mi włosy i przejechał mi palcem po karku. Wzdrygnęłam się, ponieważ miał lodowate palce.
- Niemożliwe.
- A jednak- odparł Jason.
- Jak ty ją znalazłeś?
- Wezwała mnie. A teraz... ona już tu była.
- Jak tu weszłaś?
- Nie wiem. Po prostu - wzruszyłam ramionami.
- Zawołaj resztę- rozkazał Jasonowi i zwrócił się do mnie- Usiądź, słonko, zaraz wszystko zrozumiesz....
- Przepraszam, czy mógłbyś odsunąć ten nóż z mojej szyi? Jeśli nie widzisz, trochę mi rozciąłeś skórę.
- Jasne - burknął pod nosem i zrobił krok w tył.
- Dziękuję- powiedziałam z przekąsem- A teraz mógłbyś mi wyjaśnić o ci chodzi?
- Tak.
- Więc....?
- Powiedziałem, że mógłbym, a nie że to zrobię- uśmiechnął się.
W tej chwili miałam ochotę strzelić go po głowie.
- A zdejmiesz chociaż kaptur? Głupio mi mówić do samych oczu.
Chłopak zachichotał, ale zdjął płaszcz i rzucił na kanapę. Gdy się odwrócił, zabrakło mi tchu. Lekko przydługie, ciemnoblond włosy opadały niedbale na oczy. Na szczupłej twarzy z wysoko zarysowanymi kościami policzkowymi i idealnie wykrojonymi ustami widniała ukośna blizna. O dziwno, nie szpeciła, lecz dodawała uroku. Na dodatek był wysoki i umięśniony, na pewno dużo trenuje, pomyślałam i przeniosłam wzrok z powrotem na oczy. Chłopak intensywnie się we mnie wpatrywał.
- Jak masz na imię? - zapytałam.
- Jason. A ty?
- Sophie.
Zapadła cisza. Usiadłam na kanapie, podciągnęłam nogi i wpatrywałam się w ogień.
- Chcesz coś do picia?
- Chętnie.
- Sok, woda, herbata, kawa...?
- Sok.
Jason wszedł po schodach i zniknął za zakrętem. Położyłam głowę na oparciu i zamknęłam oczy. Nie spałam. Po prostu myślałam o tym wszystkim. Gdzie ja jestem? Co ja tu robię? O co chodziło Jasonowi z tą przepowiednią? Jason. Kim on jest? I co tu robi? Milion myśli przechodziło mi przez głowę. Nagle poczułam czyjeś ciepłe palce na policzku. Lekko otworzyłam oczy i przed oczami zobaczyłam chłopaka. Zmieszany, natychmiast odskoczył ode mnie.
- Proszę - podał mi wysoką szklankę. - A teraz chodź.
Nie wiem czemu, miałam wrażenie, że jest na coś wściekły.
- Oczywiście, jaśnie panie.
Teraz to mnie zdenerwował. Zna mnie od 4 minut i już coś mu nie pasuje. Nie kolego, nie ze mną te numery.
Przeszliśmy korytarzem w prawo, w lewo i przez 2 drzwi na prawo. Znaleźliśmy się w przestronnym gabinecie. Przy biurku siedział mężczyzna w garniturze i uważnie studiował jakieś papiery. Gdy Jason zamknął drzwi, wstał i podszedł do nas.
- To ona? - zwrócił się do chłopaka.
- Chyba. Mam nadzieję.
- Czy mógłabyś się odwrócić? - zapytał.
Bez słowa odwróciłam się. Mężczyzna odgarnął mi włosy i przejechał mi palcem po karku. Wzdrygnęłam się, ponieważ miał lodowate palce.
- Niemożliwe.
- A jednak- odparł Jason.
- Jak ty ją znalazłeś?
- Wezwała mnie. A teraz... ona już tu była.
- Jak tu weszłaś?
- Nie wiem. Po prostu - wzruszyłam ramionami.
- Zawołaj resztę- rozkazał Jasonowi i zwrócił się do mnie- Usiądź, słonko, zaraz wszystko zrozumiesz....
R2
Usnęłam. Nic nie pamiętałam, żadnego snu, żadnego przebudzenia. Nagle zobaczyłam jasne, błękitne światełko migające gdzieś w oddali. Bezwiednie wyciągnęłam rękę i zaczęłam iść w tamtą stronę. Nie zdążyłam zrobić kilku kroków, a kula zaczęła powoli sunąć ku mnie. Nabierała prędkości, a ja z przerażeniem się w nią wpatrywałam nie wiedząc co zrobić. Odwróciłam się i zaczęłam biec czarnym korytarzem prowadzącym do nikąd. Poczułam uderzenie gorąca w klatce piersiowej, nastała ciemność, a ja wylądowałam na czymś twardym. Obolała, wstałam i powoli rozejrzałam się dookoła. Wszędzie panował mrok, ale widziałam wyraźnie. Gdzieś w oddali majaczyła się zieleń, zapewne jakiś las. Tymczasem za mną znajdowały się drzwi. Nie były to zwykłe drzwi, a bynajmniej tak nie wyglądały. Znacie takie ogromne wejścia w zamkach lub zabytkowych kościołach? Tak też te wyglądały. Białe, po bokach oraz na środku zdobione jakimiś czarnymi znaczkami odcinającymi się od reszty. Wydawało mi się, ze już je widziałam. We śnie? Nie wiem, ale na pewno były znajome. Obeszłam owe drzwi, lecz za nimi nic nie było. Tylko one w środku pustkowia. Znów stanęłam z przodu. Kierowana impulsem wyciągnęłam lewą rękę, zakreśliłam nią półkole w kształcie obramowania drzwi i delikatnie pchnęłam w przestrzeń przede mną. Znak pośrodku zaczął się rozwijać, a ja podeszłam. Lekko pchnęłam marmur i przeszłam przez drzwi na drugą stronę. Wnętrze mnie zaskoczyło. Nie tego się spodziewałam. Zamknęłam drzwi
najciszej jak mogłam i stanęłam na środku holu. Wszystko wyglądało jak z
XIX - wiecznego pałacu. Przeszłam parę kroków w przód i oparłam o
barierkę. Po bokach były schody prowadzące na środek ogromnego salonu.
Dalej w obie strony ciągnął się hol skręcający na końcu budynku
odpowiednio na północ. Delikatnie zeszłam w dół po schodach i usiadłam
na kanapie przed kominkiem. Dziwne, ale nie czułam strachu, lecz
jakbym nagle odnalazła swój prawdziwy dom. Wstałam, podeszłam bliżej
ognia. W pewnym momencie wyczułam czyjąś obecność i zwinnym ruchem
odwróciłam się w pozycji obronnej. Na szyi miałam zimne ostrze noża. Spojrzałam w górę i zobaczyłam je. Te same szare oczy.
środa, 29 stycznia 2014
R1
Szybkim krokiem przeszłam przez ulicę w stronę Evelyn. Moje myśli były zaprzątnięte pewnym wysokim facetem o szarych oczach, dzięki któremu prawie rozjechał mnie pan Everdson. Przy najbliższej okazji nie omieszka naskarżyć mojej mamie... już się cieszę! Kolejna jatka w domu się szykuje.
Idąc z przyjaciółką do domu przez park, myślałam tylko o jednym: Kim on jest? Ev trajkotała jak nakręcona, a ja stawiałam automatyczne, wyuczone kroki, patrząc nieobecnym wzrokiem w przestrzeń przede mną. Najdziwniejsze jest to, że ona zdawała się niczego nie zauważać, pomimo że tyle razy odgadywała mój humor nawet na mnie nie spoglądając. Byłam bardzo zadowolona z takiego obrotu spraw, gdyż nie chciałam dzielić się moimi przemyśleniami i uczuciami. Dlaczego? Nie wiem. Miałam przeczucie, że ona nie powinna mieć z tym nic wspólnego.Gdy przyszedł czas się pożegnać, dziewczyna ryknęła mi do ucha:
- SOPHIE!!!!
- Czego? - wrzask sprowadził mnie z powrotem na Ziemię.
- Co ci jest? Nigdy nie byłaś tak milcząca jak dzisiaj. Do tego Everdson prawie cię rozjechał. Ciebie - najzwinniejszą dziewczynę w szkole!
- Nic mi nie jest Ev, serio. Po prostu jestem zmęczona. - odparłam pragnąc natychmiast uciec do domu.
Przyjaciółka spojrzała na mnie podejrzliwym wzrokiem.
- Niech ci będzie... Mam nadzieję, że do jutra ci przejdzie, bo mamy sprawdzian, pamiętasz?
- Taaaak.... Pa, do jutra! - bąknęłam i pobiegłam do domu.
- Cześć! - krzyknęła za mną Evelyn.
Drzwi otwierałam drżącymi rękami. Przebiegłam przez korytarz i rzuciłam się z całym impetem na łóżko. Nagle dopadło mnie coś na rodzaj zmęczenia. Nie miałam na nic siły, mój mózg przestał pracować. Chcąc nie chcąc usnęłam, ale gdybym widziała wtedy co się stanie, nigdy bym na to nie pozwoliła...
Idąc z przyjaciółką do domu przez park, myślałam tylko o jednym: Kim on jest? Ev trajkotała jak nakręcona, a ja stawiałam automatyczne, wyuczone kroki, patrząc nieobecnym wzrokiem w przestrzeń przede mną. Najdziwniejsze jest to, że ona zdawała się niczego nie zauważać, pomimo że tyle razy odgadywała mój humor nawet na mnie nie spoglądając. Byłam bardzo zadowolona z takiego obrotu spraw, gdyż nie chciałam dzielić się moimi przemyśleniami i uczuciami. Dlaczego? Nie wiem. Miałam przeczucie, że ona nie powinna mieć z tym nic wspólnego.Gdy przyszedł czas się pożegnać, dziewczyna ryknęła mi do ucha:
- SOPHIE!!!!
- Czego? - wrzask sprowadził mnie z powrotem na Ziemię.
- Co ci jest? Nigdy nie byłaś tak milcząca jak dzisiaj. Do tego Everdson prawie cię rozjechał. Ciebie - najzwinniejszą dziewczynę w szkole!
- Nic mi nie jest Ev, serio. Po prostu jestem zmęczona. - odparłam pragnąc natychmiast uciec do domu.
Przyjaciółka spojrzała na mnie podejrzliwym wzrokiem.
- Niech ci będzie... Mam nadzieję, że do jutra ci przejdzie, bo mamy sprawdzian, pamiętasz?
- Taaaak.... Pa, do jutra! - bąknęłam i pobiegłam do domu.
- Cześć! - krzyknęła za mną Evelyn.
Drzwi otwierałam drżącymi rękami. Przebiegłam przez korytarz i rzuciłam się z całym impetem na łóżko. Nagle dopadło mnie coś na rodzaj zmęczenia. Nie miałam na nic siły, mój mózg przestał pracować. Chcąc nie chcąc usnęłam, ale gdybym widziała wtedy co się stanie, nigdy bym na to nie pozwoliła...
wtorek, 28 stycznia 2014
Prolog
Jak dotąd moje życie nie było aż takie złe. Miałam wspaniałą przyjaciółkę, nie brakowało mi niczego. W szkole byłam jedną z lepszych, należałam do samorządu uczniowskiego. Spełniałam się w moich hobby, a jedynym problemem były bardzo napięte stosunki w rodzinie - nie umiałam dogadać się z rodzicami ani tym bardziej z bratem. Ciągłe kłótnie doprowadzały mnie na skraj szaleństwa i miałam pewien okres gdy się cięłam i muszę przyznać, to nie jest takie złe jak opisują.... wprost przeciwnie.
Tego (nie)zwykłego dnia poszłam jak zawsze do szkoły, przygotowana na prawie wszystkie lekcje. Jedynym nienormalnym wydarzeniem było to, że jakiś chłopak dosiadł się do mojego i Evelyn stolika w pobliskim barze. Nadal pamiętam spłoszony wzrok Allison, naszej kelnerki, obsługującej tego gościa. Z resztą nie dziwię się jej.W miasteczku jak Tamphvill (mimo że nie jest zbyt małe) każdy każdego zna, a przed wścibskimi staruszkami nic się nie ukryje. Nasz sąsiad miał kaptur na głowie zasłaniający twarz i nie wyglądał ani trochę znajomo, co - jak się domyślam - przerażało All, która pracuje tu od stosunkowo niedawna. Dziwne było też to, że przysiadł się do nas, choć każdy wie, że ten stolik jest zawsze zajęty o tej porze przeze mnie i Evelyn. Moja przyjaciółka dzielnie zniosła jego towarzystwo, mimo że ledwo wytrzymała. Ev jest znana ze swojej bezpośredniości i impulsywności, a obecność kogoś nieznajomego, mocno ją irytowała. Ja tymczasem przez całe dwie godziny próbowałam bezskutecznie zajrzeć pod jego kaptur. Czułam jakby jakaś niewidzialna siła mnie do niego ciągnęła, siła, której nie znam, która jest o wiele silniejsza niż cokolwiek, co dotychczas czułam, pchała mnie w jego kierunku. Niestety, nic nie widziałam prócz czarnego materiału. Wychodząc z knajpki, rzuciłam ostatnie spojrzenie w tamtym kierunku i wtedy je dostrzegłam. Szaro - niebieskie oczy wpatrujące się we mnie z taką intensywnością, że czułam jakby patrzyły w moją duszę i w jednym momencie poznały wszystkie jej sekrety. Przerażona odwróciłam wzrok i pospiesznie zamknęłam drzwi. Podchodząc do Evelyn mimowolnie zerknęłam przez szklaną szybę na stolik. Nie było go tam.
Tego (nie)zwykłego dnia poszłam jak zawsze do szkoły, przygotowana na prawie wszystkie lekcje. Jedynym nienormalnym wydarzeniem było to, że jakiś chłopak dosiadł się do mojego i Evelyn stolika w pobliskim barze. Nadal pamiętam spłoszony wzrok Allison, naszej kelnerki, obsługującej tego gościa. Z resztą nie dziwię się jej.W miasteczku jak Tamphvill (mimo że nie jest zbyt małe) każdy każdego zna, a przed wścibskimi staruszkami nic się nie ukryje. Nasz sąsiad miał kaptur na głowie zasłaniający twarz i nie wyglądał ani trochę znajomo, co - jak się domyślam - przerażało All, która pracuje tu od stosunkowo niedawna. Dziwne było też to, że przysiadł się do nas, choć każdy wie, że ten stolik jest zawsze zajęty o tej porze przeze mnie i Evelyn. Moja przyjaciółka dzielnie zniosła jego towarzystwo, mimo że ledwo wytrzymała. Ev jest znana ze swojej bezpośredniości i impulsywności, a obecność kogoś nieznajomego, mocno ją irytowała. Ja tymczasem przez całe dwie godziny próbowałam bezskutecznie zajrzeć pod jego kaptur. Czułam jakby jakaś niewidzialna siła mnie do niego ciągnęła, siła, której nie znam, która jest o wiele silniejsza niż cokolwiek, co dotychczas czułam, pchała mnie w jego kierunku. Niestety, nic nie widziałam prócz czarnego materiału. Wychodząc z knajpki, rzuciłam ostatnie spojrzenie w tamtym kierunku i wtedy je dostrzegłam. Szaro - niebieskie oczy wpatrujące się we mnie z taką intensywnością, że czułam jakby patrzyły w moją duszę i w jednym momencie poznały wszystkie jej sekrety. Przerażona odwróciłam wzrok i pospiesznie zamknęłam drzwi. Podchodząc do Evelyn mimowolnie zerknęłam przez szklaną szybę na stolik. Nie było go tam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)